Blog

Blog

Dwa artykuły: "Cameron, Tusk i spółka" oraz "Niewiedza Pana Ministra"

Londyn

Cameron, Tusk i spółka – czyli o emigrantach w Wielkiej Brytanii (I.2014)

W pierwszych dniach 2014 roku, Polskę zelektryzowała informacja, że premier Wielkiej Brytanii David Cameron nie chce, by dzieci emigrantów, które przebywają w krajach ojczystych, otrzymywały brytyjski zasiłek, tzw. child benefit. I wymienił przy okazji Polaków jako licznych jego beneficjentów.

A co byśmy zrobili na ich miejscu? Gdyby na przykład dotyczyło to pracujących w Polsce obywateli Ukrainy. Przekonałby nas argument, że skoro płacą tutaj podatki, to mają prawo otrzymywać zasiłki na rodzinę mieszkającą na Ukrainie? Na szczęście Polska nie ma tego problemu, bo ani za bardzo Ukraińcy nie chcą u nas pracować za oferowane im nędzne pieniądze ani nasze władze nie mają wiele do zaoferowania w zakresie polityki socjalnej.

To prawda, że większość Polaków pracujących na „Wyspach” nie korzysta z przywilejów socjalnych. Jedni dlatego, bo nie chcą lub nie potrzebują, ale coś mi się wydaje, że większość nie korzysta, bo mając prawo do brytyjskich benefitów, nie wiedzą jak je załatwić. Powód: obcy kraj, obcy język, obce przepisy i wyniesiona z Polski nieufność do urzędów, urzędników i koszmarnej biurokracji.

Hipokryzja

W tej całej historii najciekawsze jest jednak zupełnie co innego. Żadna kwestia zasiłków na dzieci. Tylko hipokryzja polskich polityków. Wypowiedź Davida Camerona niesłychanie ich oburzyła, na czele z premierem Donaldem Tuskiem, ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim i prezesem PIS Jarosławem Kaczyńskim. Ich tyrady przed kamerami, na twitterze, podczas telefonowania do Camerona, były iście imponujące. Jak najważniejsi Polscy politycy walczą o Polaków na emigracji, wcześniej ich do niej zmuszając.

Jakoś nie widać takiej gorliwości u nich w tworzeniu warunków życia w Polsce, by warto było tutaj żyć i pracować, w przyjaznej atmosferze, za godne pieniądze.  Jakoś nie widać skutecznych działań, by ludzie nie emigrowali albo wrócili z emigracji(tylko do czego?). Dzieje się wręcz odwrotnie. Nie ma się co dziwić, koszty życia bardzo europejskie, zarobki już nawet nie azjatyckie, tylko bardziej afrykańskie. Wiem co piszę, bo w ostatnich latach zjeździłem prawie całą Azję i kilka krajów Afryki.  Azja zrobiła gigantyczny skok cywilizacyjny, część krajów wyprzedziła Polskę pod względem zamożności, część nas dogoniła, jeszcze inne skutecznie gonią. Nikt nie zamierza się zatrzymać w tym biegu. Dzisiaj tylko kilka azjatyckich krajów pozostaje w kompletnym rozkładzie. Na przykład Bangladesz. Czasami używam określenia, że Polska to „Bangladesz Europy”. Kto może z Bangladeszu wyjeżdża, a zachodnie firmy lokują tam swoją produkcję, bo jest dużo taniej siły roboczej. Która siedzi cicho i daje się wyzyskiwać. Co jest dziwnie podobne do sytuacji w Polsce.

Londyńczycy

Niedawno spędziłem sporo czasu w Londynie. Pełnego przygód, doświadczeń, rozmów i ciekawych spostrzeżeń. Swoista wyprawa podróżnicza. Wnioski mam takie: 99% emigrantów chciałoby godnie żyć i pracować w Polsce. Wyjechali tylko dlatego, bo stan państwa polskiego ich do tego zmusił. Większość nie czuje się dobrze w Wielkiej Brytanii, a na pewno nie jak u siebie. Przyznają, że ponoszą bardzo wysoką cenę w psychice i życiu osobistym – z powodu decyzji o wyjeździe.  Aklimatyzacja w obcym kraju, w obcym środowisku nie jest łatwa, a gdy nie zna się dobrze języka, nawet załatwienie prostych spraw bywa trudnym i traumatycznym przeżyciem. A powrót później do Polski bywa jeszcze trudniejszy. Do tego uważają: „w Polsce mnie nie chcą, ale w Wielkiej Brytanii też nie bardzo”.  Rozpadają się rodziny. Cierpią dzieci. Niektórzy nie wytrzymują tych zmian - wpadają w nałogi, popełniają samobójstwa.

 Nie jest prawdą, że wyjechali tylko młodzi, życie zmusiło także do wyjazdu znaczną reprezentację ludzi w średnim wieku, dla których jest to wyjątkowo trudne doświadczenie. W Polsce groziła im niejednokrotnie bezdomność, a w Wielkiej Brytanii nawet najniższe zarobki pozwalają na godne życie, nieporównywalne z tym w kraju nad Wisłą. Bo 1200 zł z groszami (netto) to jest jakiś ponury żart. A zarobki większości Polaków, rzędu 1500-3000zł netto, to nadal niepoważne kwoty. Brytyjczycy, którzy mnie pytali, ile zarabia przeciętny człowiek w Polsce, byli przekonani, że mówię o tzw. „tygodniówkach” (wynagrodzenie za tydzień pracy).

Na „Wyspach” zarobki są godne, warunki i traktowanie w pracy często dużo lepsze niż w Polsce. Bez porównania łatwiej znaleźć pracę i to bez żadnych znajomości, dużo łatwiej zostać docenionym za należyte wykonywanie swoich obowiązków, awansować, dostać podwyżkę. To wszystko się zgadza, ale jest w tym życiu emigranckim pewien haczyk. Zna go większość Polaków pracujących na „Wyspach”. Na nich czekają tam najczęściej prace poniżej kwalifikacji i wykształcenia, najniżej płatne, najcięższe, wykonywane w najgorszych godzinach. Takie i za takie pieniądze, że rodowitego Brytyjczyka nie zainteresują (dla nas Polaków to fura pieniędzy). W praktyce emigranci spędzają prawie całe dnie w pracy i na dojazdach do niej. Często pracują w soboty i w niedziele. A przy tym są dużo bardziej wydajni i zaradni niż miejscowi, co się ma nijak do twierdzeń, że w Polsce musimy mniej zarabiać, bo jesteśmy mniej wydajni. 

Work-life balance

O tak popularnym w krajach anglosaskich zarządzaniu czasem jak „work-life balance” – równowagą pomiędzy pacą a życiem prywatnym – większość emigrantów może zapomnieć. Podobnie zresztą jak w Polsce, tylko tam pracują za zupełnie inne pieniądze. To nie bajki, że niektórzy Polscy Londyńczycy, przez kilka lat pracy w którejś z dzielnic Wielkiego Londynu, nie mięli jeszcze czasu na spacer po centrum tego pięknego miasta. Na naukę języków też nie mają siły ani czasu. Większość z nich z pocałowaniem ręki przyjęłaby pracę w Polsce za połowę tego co mają w UK. Ale ich oczekiwania to science fiction. Minie wiele lat jeszcze zanim przeciętny Polak będzie zarabiał połowę tego co Brytyjczyk. Jeśli w ogóle. Mimo upływu czasu,  w Polsce niezmiennie słyszę, że „wcale nie jest lepiej niż kilka lat temu”, a coraz częściej docierają do mnie słowa, że „za komuny było dużo lepiej, wtedy każdy miał pracę, gdzie mieszkać i za co żyć” albo „współczuję wam młodym, nie chciałbym/chciałabym być dzisiaj w waszym wieku, macie koszmarnie trudny strat w dorosłe życie, a potem wcale nie lepiej”. To tylko tradycyjne narzekanie Polaków, czy coś jest na rzeczy?

Nie dziwmy się, że Brytyjczycy mają dość emigrantów. Jest ich za dużo – to mówią nawet Polacy mieszkający na „Wyspach”. Gdyby nie emigranci, minimalne zarobki byłyby dużo wyższe, a tak podnoszone są symbolicznie. Do tego można spotkać się z sytuacją, że rodowici mieszkańcy mają problem porozumieć się po angielsku w banku czy w sklepie – bo pracownik-emigrant nie opanował języka na odpowiednim poziomie. Wyobraźmy sobie w Polsce, że mamy trudności ze zrobieniem zakupów w „spożywczaku na rogu”, bo nie możemy się dogadać ze sprzedawcą-obcokrajowcem. Afera byłaby pod niebo. Albo, że „najazd” tanich pracowników z Ukrainy czy Chin zabrałby nam miejsca pracy, obniżył zarobki albo w najlepszym wypadku zamroził na wiele lat. Mogłoby dojść wtedy do jakiejś rewolucji, a na pewno przeciwko Ukraińcom i Chińczykom zostałyby skierowane liczne protesty i epitety.

Dziękujemy wam emigranci

Polskie władze się cieszą tak naprawdę z emigracji Polaków. Nie zawyżają statystyk bezrobotnych, nie ma niepokojów społecznych, bo ich wyjazd to swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa dla rządu. Do tego jeszcze przyślą pieniądze do Polski i zrobią tu zakupy. Wszystko niby pięknie, ale niezupełnie. Bo to co dzisiaj pozwala politykom rządzić w spokoju, to w przyszłości okaże się szybko tykającą bombą. Polska poniesie negatywne konsekwencje tej fali emigracji na wielu płaszczyznach. Gdy państwo wyrzuca z kraju swoich obywateli  - w milionach - to na dłuższą metę to się skończyć dobrze nie może. Do dzisiaj dźwięczą mi w uszach komentarze Brytyjczyków: „Europa się starzeje, macie tylu młodych ludzi, zdrowych i pracowitych, to dlaczego się ich pozbywacie? Wielka Brytania gdyby miała taki ludzki kapitał zrobiłaby wszystko, żeby go zatrzymać i nie musieć posiłkować się emigrantami.” I co na to Polski rząd? Jeden, drugi, trzeci – winne tego stanu są wszystkie rządy po 1989r.

W 2013 roku opublikowałem na portalu Interia360 artykuł, ile powinno wynosić w Polsce minimalne wynagrodzenie za pracę w pełnym wymiarze czasu pracy (pełny etat), by żyć na takim samym poziomie, jak Brytyjczyk za jego minimalne wynagrodzenie. Z góry ostrzegam przed czytaniem (w ciągu tygodnia zrobiło to prawie 45 tysięcy osób), bo artykuł podnosi ciśnienie, psuje nastrój oraz grozi depresją. 

Jako, że portal Interia360 zakończył działalność na początku 2016 roku, a do opublikowanych w nim materiałów nie ma już dostępu, artykuł prezentuję poniżej:

Niewiedza pana ministra (V.2013)

"Nie możemy porównywać zarobków w Polsce i na przykład w Wielkiej Brytanii, bo koszty utrzymania są zupełnie inne" - oznajmił minister pracy, Władysław Kosiniak Kamysz, mając na myśli, że w Wielkiej Brytanii koszty życia są dużo wyższe a więc i zarobki takie muszą być.

Ilekroć razy słyszę taką wypowiedź polityka, myślę sobie - „jak wy o niczym nie macie pojęcia"! Bo ten nagminnie powtarzany slogan jest nieprawdziwy.

Zarobki

System prawa pracy w Wielkiej Brytanii różni się od tego w Polsce, ale przyjmijmy, że pracownik, który ukończył 21 lat, ma najniższą dopuszczalną stawkę godzinową, wynoszącą obecnie 6,19 funta i pracuje 40 godzin w tygodniu. Jest to wynagrodzenie za najprostszą, najczęściej niewykwalifikowaną, legalną pracę. Zresztą Brytyjczycy twierdzą, że gdyby nie fala emigracji z biednych krajów, to ta stawka wynosiłaby przynajmniej 8 funtów za godzinę i to mimo kryzysu finansowego. I jednocześnie nie chcą za takie pieniądze pracować, przywykli bowiem do rozrzutnego stylu życia.

Przyjmując powyższe założenia nietrudno obliczyć, iż taka najniższa tygodniówka wyniesie 247,60 funtów brutto, jednocześnie stanowiąca popularną formę wypłacania wynagrodzenia. Ta sama tygodniówka netto, to niewiele mniej niż minimalne wynagrodzenie netto polskiego pracownika. Miesięczne. Ponadto część firm brytyjskich, nawet na najprostszych stanowiskach płaci więcej od minimum albo dorzuca na przykład różnego rodzaju karty rabatowe do wielu sieciowych firm, a na własne produkty i usługi dają bardzo duże zniżki.

Jeśli pracujemy za minimalną stawkę średnio 21 dni w miesiącu mamy jakieś 1040 funtów brutto wynagrodzenia (w praktyce pracujemy od 20 do 23 dni w miesiącu). Do kwoty 9440 funtów nie płacimy w ogóle podatku dochodowego, a więc przez większość roku. Ubezpieczenia społeczne również nie nadwyrężają wynagrodzenia pracownika. Przyjmijmy zatem, że średnio w miesiącu mamy około 1000 funtów netto minimalnego wynagrodzenia.

Państwo brytyjskie jednocześnie uważa, że jeśli pojedyncza osoba bez partnera i dzieci (czyli singiel) zarobiła w roku podatkowym poniżej określonej sumy, to żyje w warunkach poniżej ludzkiej godności i należy jej pomóc. Jeżeli w roku podatkowym 2012/2013 zarobiła mniej niż 13 000 funtów, państwo dopłaca 1920 funtów w skali roku, w ratach, tzw. working tax credit (rodzaj benefitu, zasiłku). Oprócz niego istnieje cała seria benefitów, o które można się starać, od dopłat do wynajęcia mieszkania, po te rodzinne, zwłaszcza na dzieci. Rok podatkowy w Wielkiej Brytanii trwa zawsze od 6 kwietnia do 5 kwietnia roku następnego.

Czyli najgorzej zarabiający w Wielkiej Brytanii ma miesięcznie do dyspozycji około 6000 zł(ok. 1200 funtów), w zależności od kursów walutowych (wynagrodzenie + working tax credit). Przy czym wiele osób zarabia wyraźnie więcej niż minimalne stawki, często nie ma problemów, aby otrzymać nadgodziny czy dorobić w inny sposób. A kelner pracujący w dobrze położonej restauracji może zwiększyć dzięki napiwkom swoją pensję o połowę, a nawet ją podwoić. Warto wspomnieć, że Wielka Brytania nie jest bynajmniej liderem w wysokości minimalnych zarobków. Na tle Norwegii czy Luksemburga wypada słabo. W tym ostatnim kraju minimum wynosi 1874 euro brutto (prawie 8000 zł) miesięcznie przy 377 euro brutto w Polsce (1600 zł). A w tym najmniejszym z krajów Beneluksu nie jest pięć razy drożej niż w u nas. Nawet de facto u bankruta, jakim od lat jest Grecja, po obniżkach minimalnego wynagrodzenia, wynosi ono 684 euro brutto (2900 zł).

Koszty utrzymania

Mitem jest, że w bogatych krajach (tzw. zachodnich) są wielokrotnie wyższe koszty utrzymania. Polska pod tym względem przeskoczyła już niejeden kraj tzw. starej Unii. Co do Wielkiej Brytanii należałoby pod względem kosztów utrzymania oddzielić Londyn od reszty kraju. Londyn, jako jedna z dwóch finansowych stolic świata (obok Nowego Jorku), jest wyraźnie droższa od reszty kraju, ale nawet tutaj za minimalną pensję można spokojnie się utrzymać pod warunkiem, że wynajmiemy mieszkanie we dwie osoby albo samemu pokój. Za to minimalne wynagrodzenie poza Londynem starcza już na przyzwoite życie, z wynajęciem w pojedynkę mieszkania i zakupem przyzwoitego samochodu wyłącznie. Ta kwota w obu przypadkach - czy mieszkamy w Londynie czy gdzieś indziej - wystarczy poza utrzymaniem się, aby pojechać na wakacje, dobrze się ubrać, pójść do kina, pojechać na wycieczkę. A niektórzy potrafią jeszcze coś odłożyć.

Gdy zapytamy polskich emigrantów jak drogie życie jest w Wielkiej Brytanii w stosunku do Polski, to uzyskamy cale spektrum odpowiedzi. Jedni powiedzą, że jest dużo drożej, inni, że tak samo, a jeszcze inni, że w Wielkiej Brytanii jest taniej niż w Polsce.

Trochę przykładów. Jedzenie jest tańsze niż w Polsce, to samo dotyczy środków chemicznych, kosmetyków w tym markowych perfum, ubrań, sprzętu gospodarstwa domowego. Wynika to z ogromnej konkurencji jaka tam istnieje. Jest mnóstwo bardzo korzystnych promocji, wyprzedaży, ofert specjalnych, kart stałego klienta, etc. Do tego markety spożywcze mają serię produktów dla gorzej zarabiających tzw. basic. Przyzwoitej jakości za niskie ceny. Bary szybkiej obsługi często są tańsze niż w Polsce, także za sprawą ogromnej konkurencji, licznych promocji i powszechnie rozdawanych voucherów typu dwa zestawy w cenie jednego. Powszechnie funkcjonują korzystne cenowo tzw. happy hours, zestawy śniadaniowe, lunchowe, różnego rodzaju promocje.

Wynajem mieszkań będzie zazwyczaj droższy niż w Polsce, choć w dużych miastach poza Londynem, można znaleźć oferty na poziomie polskich dużych miast. A kupno nieruchomości za Kanałem La Manche czy jak wolą wyspiarze, za Angielskim Kanałem, nierzadko będzie tańsze i dostaniemy korzystniejszy kredyt. Jeżeli chodzi o media (prąd, woda, gaz, ogrzewanie), to mogą śmiało być niższe, szczególnie ogrzewanie, biorąc pod uwagę lekkie zimy. Komunikacja publiczna również jest droższa, ale z drugiej strony mnóstwo osób dojeżdża do pracy rowerem za sprawą świetnego systemu ścieżek i autostrad rowerowych. Za paliwo zapłacimy trochę więcej niż w Polsce, ale nie zapomnijmy, że nowe, oszczędne w spalaniu auta, kupimy znacznie taniej.

Nieprawdą jest, że usługi w Wielkiej Brytanii są bardzo drogie. Jak ktoś ruszy głową, mogą kosztować mniej od tych w Polsce. Najlepiej pokazać to na przykładzie. Kupujemy bilet na pociąg w kasie i płacimy 25 funtów. Ale jeśli ten sam bilet kupimy przez internet to będzie nas kosztował 7-8 a może 5 funtów. Jeden warunek, musimy go sobie albo wydrukować albo odebrać z automatu na stacji kolejowej. I tak jest ze wszystkimi usługami. Naprawy, remonty, wakacje, wycieczki, ubezpieczenia, fryzjer, mechanik samochodowy, sklepy internetowe, bilety. A przy odrobinie szczęścia również plombę w zębie wstawimy sobie za tyle co w Polsce. Bogaci nie tracą czasu tylko płacą nie pytając o cenę, biedniejsi mają możliwość dużych oszczędności jeśli poświęcą trochę czasu na szukanie w Internecie, gdzie pełno specjalnych ofert, zniżek dochodzących nawet do 70-80%, promocji, kodów rabatowych i tak dalej. Znowu w dużej mierze za sprawą ogromnej konkurencji i mądrej polityki firm. A najciekawsze jest to, że pełne ceny markowych produktów, są w Wielkiej Brytanii często dużo niższe niż ceny w Polsce, a co dopiero po promocjach i obniżkach, które nie mają końca. Istnieją ponadto sklepy „wszystko po 1 funcie”, w których znajdziemy wiele przydatnych w domu przedmiotów i to często markowych (np. chemia, narzędzia, słodycze, kosmetyki). Istnieją też potężne sieci sklepów z tanią odzieżą. W najtańszych jakość nie jest zbyt wysoka, ale kupimy garnitur za 15 funtów a za kolejne 15 funtów koszulę, odpowiednie buty i krawat. W trochę droższych „sieciówkach” dostaniemy już markowe produkty, w cenach w Polsce niespotykanych. Podstawowe konta bankowe i karty do nich są bezpłatne, wszystkie bankomaty również. Nie ma żadnych problemów znaleźć dużo tańszy internet czy połączenia telefoniczne od tych w Polsce. Innymi słowy, jak ktoś chce, to może koszty życia w Wielkiej Brytanii zminimalizować do poziomu nieosiągalnego w Polsce. Wielu Brytyjczyków uważa, że tylko bogaci albo frajerzy kupują cokolwiek w normalnych cenach.

Wnioski

Najniżej zarabiający w Wielkiej Brytanii bez problemów sam się utrzyma, wykonując jakąkolwiek legalną pracę. Co więcej, rozsądne wydawanie pieniędzy pozwala na normalne życie z pewnymi przyjemnościami włącznie. A już np. para, gdzie każdy zarabia minimum, może żyć na całkiem dobrym poziomie, wliczając egzotyczne wakacje. Taka jest bowiem idea świadczenia pracy, że nawet najniżej zarabiający musi się z niej utrzymać.

W Polsce politycy jeszcze na to nie wpadli. Tylko to od nich zależy wysokość najniższego wynagrodzenia, podatki, ceny w sklepach i co wcale nie mniej ważne, koszty obciążeń publicznych jakie ponoszą pracodawcy zatrudniając pracowników. Dodam, że najniższy komplet składek przy prowadzeniu małej firmy, to zaledwie około 10 funtów (50zł).

Obowiązujące w Polsce minimalne wynagrodzenie w pełnym wymiarze czasu pracy to 1600 zł brutto, czyli jakieś niecałe 1200 zł netto. Koszty życia zachodnioeuropejskie, zarobki po prostu polskie. Jeśli pojedyncza osoba bez pomocy rodziny będzie miała się utrzymać z minimalnego wynagrodzenia w Polsce z wynajmem choćby najmniejszego mieszkania na obrzeżach miasta, to nie da rady. W takiej sytuacji najzwyczajniej grozi jej bezdomność. I nie ma nic wspólnego z godną płacą, z godnym życiem, jak twierdzi rząd. Jakoś nikt się nie przejmuje, że nie tylko niepracującym grozi bezdomność, ale także tym, co pracują legalnie na pełnym etacie. A przecież część Polaków pracuje na tzw. umowach śmieciowych za jeszcze niższe kwoty.

Wróćmy jednak do sedna artykułu. Nawet jeśli średnie koszty życia w Wielkiej Brytanii są wyższe o 50% od tych w Polsce, a wielu emigrantów uważa, że to zawyżona liczba, to ile musiałoby wynosić minimalne wynagrodzenie u nas, by można żyć na podobnym poziomie? Na jakim żyją najniżej zarabiający w Wielkiej Brytanii. Otóż, około 3000 zł netto. Dla 90% Polaków takie zarobki to fantastyka, wynosząca więcej niż tzw. średnia krajowa. Dla rodowitych mieszkańców Zjednoczonego Królestwa, tamtejsza minimalna pensja, to jest najgorsze co może człowieka spotkać.

Na tym przykładzie świetnie widać jaka ciągle dzieli nas przepaść w stosunku do bogatych krajów. A to wcale nie był najjaskrawszy przykład.

Po około tygodniu, tyle osób przeczytało artykuł, skomentowało, oraz wyraziło w procentach pozytywną opinię o nim:

Przeczytano razy: 44727
Oceń tekst:
OCENA: 92%
Wasze komentarze (512)

Po kilku tygodniach artykuł był czytany ponad 100 tysięcy razy.


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search