Blog

Blog

Jak to się robi w "Kurdystanie" - wulkan Ararat 5135m n.p.m. (Turcja)

Ararat 5135m od strony Dogubeyazit (Turcja)

Kolejna wyprawa, kolejny raz Azja - który to już raz. Tym razem pierwszym celem była wschodnia Turcja zamieszkana przez Kurdów.

Chciałbym pisać o soczystych lasach, ale te uschły. Chciałbym pisać o raju, który tu odnaleźli ocalali z Arki Noego, ale raju tutaj nie ma. Jest burdel jak już praktycznie wszędzie na świecie. Więc zamiast tekstu o kwiatkach oraz o biednych chłopcach wypasających krówki i baranki, będzie o brutalnej rzeczywistości, co akurat w pisaniu jest dużo wdzięczniejszym tematem.

Po wylądowaniu w mieście Van (Wan) koło jeziora Van (Wan, 1640m n.p.m., 3755km2), dotarłem do Dogubayazit, pod mój cel, czyli Ararat, wygasły wulkan o wysokości 5137m, choć GPS wskazywał 2-3 metry mniej. Ararat wyrasta z Wyżyny Armeńskiej i niektórzy uważają, że jest tylko uśpionym wulkanem. Ta święta góra Ormian znajduje się na terenie Turcji i jest najwyższą górą tego kraju. To tutaj miała osiąść biblijna Arka Noego.

Klimat tego regionu jest taki z jakim spotkałem się w tysiącach miejsc na całym świecie. W tych tysiącach gorszych i biedniejszych miejsc. Jest tu wszystko. Dobre samochody, nowe kolorowe bloki, dobrze ubrani ludzie, a muzułmanek z zakrytymi głowami więcej można spotkać w Londynie niż tutaj. Z drugiej, strony burdel, syf, brud, bałagan, żebracy, korupcja, sporo typków z pod ciemnej gwiazdy a ceny czasami mocno europejskie. To kontrastuje z fajnymi ludźmi, dobrymi ale też i dziurawymi drogami. A propos ludzi, to napotkani cudzoziemcy czują się tutaj bardzo niepewnie, bo mimo że tylko niewielka cześć miejscowych może nie budzić zaufania, to ta nieufność rozciąga się na całą społeczność. Cudzoziemcy obawiają się nie tylko naciągania i oszustw, ale też napadów i kradzieży, nawet z pokojów hotelowych.

Ale wracając do sedna, to panuje tutaj typowy burdel i chaos dla krajów, które są gdzieś pomiędzy trzecim a drugim światem. W tym przypadku fragment kraju, bo każdy kto był choćby w Stambule wie, że Turcja może wyglądać inaczej. Skoro niespokojne pogranicze z Iranem, Armenia i Irak nie są daleko, to nie brakuje tu baz wojskowych z czołgami, posterunków policji obłożonych workami z piaskiem. Nie tak dawno z tych powodów Ararat był górą zamkniętą. Dla mnie poza Araratem nie ma tu absolutnie nic interesującego.

Ledwo wylądowałem w Van a taksówkarz chciał mnie naciągnąć. Ustaliliśmy, że ma mnie zawieźć do miejsca skąd odjeżdżają autobusy do Dogubayazit (1600-1700m n.p.m.), ustaliliśmy (oczywiście nie po angielsku, bo tutaj mało kto go zna), że ile wskaże taksometr ale nie więcej niż. Przewiózł mnie gość przez całe miasto i wysadził przy autobusach. Taksometr wskazywał prawie dokładnie ustaloną kwotę. I chce bym mu zapłacił. Zaraz, kolego. Wpierw będę miał bilet, potem ci zapłacę, nawet dorzucę napiwek za twój czas. I prawda zaraz wyszła na jaw, że z tego miejsca nie odjeżdżają autobusy tam gdzie ja chcę. By zarobić ustaloną kwotę musiał mnie zawieść kilka kilometrów z powrotem do właściwego miejsca (och jaki był wściekły!). Innymi słowy, wschodnia Turcja wita. Ale po setkach podobnych historii z wypraw nie robi to juz na mnie większego wrażenia. Pojawia się jedynie myśl, czemu tyle fajnych gór jest w tak popieprzonych miejscach?

Dotarłem w końcu do mojego celu. Murat Camping - to najstarsza tutejsza agencja turystyczna z dużymi znajomościami wśród władz, co wiele ułatwia. Największa nie znaczy najlepsza, na ogól jest zupełnie odwrotnie co się i tym razem potwierdziło. Ale mieli asa w rękawie, którego nie mieli inni. Mamy grupę na Ararat na jutro, pozwolenia na wejście na szczyt mamy od ręki. Czyli w praktyce łapóweczki dla urzędników lub dodatkowo oszukiwanie ich, bo ryzyko spotkania policji w masywie Araratu jest znikome. Zatem, więcej kasy dla nas. Na Ararat nie można wchodzić indywidualnie i bez pozwolenia, inna sprawa, że żadnego papieru nie widziałem na oczy. Oczywiście można próbować to zrobić samemu, ale oprócz ryzyka problemów z policją, logistycznych, co najmniej spotka nas agresja ze strony miejscowych - obsługujących ruch turystyczny. A agresja nie oznacza tu bynajmniej jedynie wyzwisk. Więc jestem u Murata. Tutaj jak w wielu miejscach na świecie zagraniczny turysta to worek pieniędzy a nie człowiek. A Kurdowie opanowali do perfekcji udawanie przyjaciół, kiedy chodzi tylko o to, by wyciągnąć od frajerów kasę. No i pertraktujemy cenę, dosyć opornie, bo druga strona nie chce odpuścić. Co z tego, że znam ceny, co z tego ze wypytałem innych ile zapłacili - nawet otrzymali zakaz informowania innych(takich jak ja) o tym - by można od nowo przybyłych wydębić większą kasę. Ale to pracownik Murata ma argumenty a nie ja. Jak ci cena nie pasuje, to znajdź inną firmę, która za te pieniądze jakie oferujesz weźmie cię w najbliższych dniach na Ararat. W tym problem, że tylko Murat miał taką możliwość i to wejście w wersji tańszej, a więc bez wyżywienia, namiotów itd. (taki wyjazd powoduje wzrost ceny o 200 procent). No i mimo że cena nie do końca mnie zadowalała, to trzeba było zapłacić. To są konsekwencje, gdy podróżuje się samemu i do tego po sezonie. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Faktem jednak jest, że podczas mojego pobytu w górze była tylko nasza ekipa, a w dzień powrotu spotkaliśmy grupę Niemców w wersji ekskluzywnej, za cenę 3 razy wyższą(ok. 600USD) niż ja zapłaciłem. Dzień po moim wyjeździe na Ararat, u Murata zjawił się ponoć podobny gość jak ja, Polak, ale musiał odejść z kwitkiem, bo Murat nie miał kolejnej grupy na szczyt, inne agencje były w takiej samej sytuacji. A że nie miał czasu czekać iluś dni, ruszył dalej.

Ale nic, jedziemy. Minibus zawiózł nas na wysokość 2170m. Nas, czyli oprócz mnie świetną 5-osobową grupę z Tarnowa i trojkę Irańczyków. Nasz przewodnik, którego imienia uznałem, że nawet nie warto zapamiętać, od początku okazał się kompletnym idiotą. Nie dość, że z twarzy kretyn, to z reszty to samo. Podczas moich wypraw pewnie juz z około 100 razy korzystałem z różnych miejscowych firm (nie zawsze da się działać samemu), ale z takim dziadostwem to się jeszcze w życiu nie spotkałem. Firma Murata przebiła wszystko. I dlatego podróżowanie jest takie ciekawe, myślisz że wszystko już przeżyłeś w danym temacie, a tu jednak nie wszystko. Nie dość, że gość kretyn to jeszcze znał może 20 słów angielskiego. Miał nawet problem z wymienieniem wysokości baz. Dogadać się z nim nie dało w ogóle. Każde pytanie praktycznie kończyło się tekstem- „oke friend”. Właśnie że nie jest oke, bo zadałem ci pytanie i czekam na odpowiedź- „oke friend”. Rozumiesz co ja mówię- „oke friend”, jesteś kompletnym idiotą- „oke friend”... Jego pomocnik znał może ze 3 wyrazy i do dzisiaj nie wiem po co tam był, bo poza byciem nic nie robił (więc użycie słowa pomocnik to i tak nadużycie).

Doszliśmy do obozu I na 3345m. Rozbijam namiot, a tu się okazuje że dla piątki Polaków nie ma namiotów a miały być. Wcześniej wykłócali się o raki, których też nie było a miały być, oraz nie byli zachwyceni, że dają jakiemuś gościowi kupę kasy za wyjazd i żadnego pokwitowania, nic, nawet pewności, że to ktoś od Murata. Na szczęście na Araracie jest zasięg telefonów a do tego część ich bagaży wiózł koń i ten koń wrócił się po namioty. Ze 3-4 godziny podejścia w upale do obozu, człowiek chciałby się położyć w namiocie i odpocząć, a tu namiotów brak. Dobrze że nie padało, choć robiło się chłodno. Namioty w końcu dotarły. U Murata ustaliłem, że w cenie mam gaz i chleb, który będzie miał przewodnik. Ja kretyna pytałem o ten gaz i chleb jeszcze w samochodzie, ale co usłyszałem- „oke friend” plus uśmiech skończonego idioty. Oczywiście ani chleba ani gazu nie było. Na szczęście dzięki Polakom i Irańczykom nie musiałem jeść samych batonów przez 3 dni. Gazu kupić się nie dało w mieście a chleb bym kupił gdybym wiedział jak to się skończy. Inne firmy w obozach miały swoje namioty, takie spore bazy, tylko Murat odwalał jakąś partyzantkę. Ale okey, co zrobić?

Na Araracie jak to na wulkanie jest problem z wodą, gdyby nie małe lodowce pewnie, by jej nie było wcale. Rano wstajemy a z kawałka gumowej rury, która służyła za kran ani kropli. W nocy był niewielki mróz, trzeba poczekać pół dnia. Oczywiście kretyn przewodnik nie raczył o tym poinformować a wiedział pewnie doskonale, iż rano wody nie będzie. Dlatego trzeba napełnić butelki wieczorem i trzymać w namiocie, bo inaczej o herbacie czy zabraniu wody na dorgę można zapomnieć.

Do obozu drugiego na 4160m zamiast 5 godzin szliśmy 2,5h (zresztą wszystkie czasy podane przez przewodnika mocno rozmijały się z rzeczywistością). Tam z wodą był podobny problem, ale my byliśmy mądrzejsi, nabraliśmy od razu ile się dało. Okazało się też, że pomagier przewodnika nie ma rękawiczek i mamy mu pożyczyć. No jasne, klient ma sobie odmrozić palce, by gość od nic nierobienia się nie odmroził. Wyruszyć na szczyt mięliśmy o 2 w nocy, ale nasz „wspaniały przewodnik” zrobił nam za wczesną pobudkę, więc już o 1.30 byliśmy w drodze. Minus 7 stopni, bezchmurne niebo, slaby wiatr. To za wczesne wyjście miało konsekwencje. Do tego kretyn, wiadomo o kim piszę, szedł za szybko. Nie dość, że sam gubił czasami drogę, to miejscami było stromo i ślisko(śnieg, lód), więc najwolniejsi zostawali daleko z tylu i nie wiedzieli gdzie iść. Pomagier szedł za kretynem zamiast zamykać grupę. Nieraz to ja prowadziłem grupę, bo przewodnik nie widział ścieżki, którą ja widziałem.

Przy tym tempie na szczycie bylibyśmy jeszcze w nocy, więc na siłę robiliśmy przerwy co w wysokogórskich mroźnych warunkach jest średnio przyjemne. Do tego, mimo że mięliśmy świetny czas, kretyn krzyczał na tych wolniejszych, że mają wracać na dół. Po pierwsze tak marnym angielskim mówił, że tylko ja go byłem wstanie z trudem zrozumieć, a po drugie ludzie mają po nocy sami schodzić, mimo że zapłacili za przewodnika. Ponadto mieliśmy potężny zapas czasu. Po pięciu godzinach wędrówki przy wstającym słońcu weszliśmy na szczyt przy ciągłym poganianiu kretyna. Który był przeciwny podczas całej wycieczki przerwom, a chwilę postoju na zrobienie zdjęcia uważał za zbrodnię. Jak w jakimś obozie karnym. Na szczycie po 5 minutach znowu poganiał, że trzeba schodzić, że nie można iść tam czy tam. Ale wszyscy go ignorowali. Robiliśmy swoje. Był 16 września 2012r.

Więcej, kretyn z pomagierem weszli pierwsi, kiedy ostatni ok. 40 minut później. Nic go nie obchodziło czy zawrócili czy zasłabli czy umierają. Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. Jakość usługi dramatyczna.

Ostatni odcinek pokonuje się po lodowcu, używaliśmy raków i kijków, ale te pierwsze były praktycznie zbędne. Po zejściu do obozu 2-go szybkie zwijanie namiotów, pakowanie i w dół. Ja oraz Irańczycy sami nieśliśmy swój dobytek, mój plecak był największy, bo i przede mną długa wyprawa, jakieś 25kg. W przeszłości bywało i 40kg, więc nie było tak źle. I kretyn kazał Irańczykom wyruszyć wcześniej, no to ruszyli. Potem w połowie drogi zaczął ich gonić i krzyczał, gestykulował, że dlaczego sami poszli, że on musi być pierwszy. Irańczycy zgłupieli, zwyzywali go i tyle. To kretyn idzie pierwszy, tylko idzie tak dziwnie, że raz przyspiesza, raz zwalnia. Wkurzyłem się, wyprzedziłem debila i idę. Ten przybiega do mnie i coś krzyczy. Wyzwałem go wszystkimi obraźliwymi anglojęzycznymi wyrazami jakie znam. Reakcją kretyna było- “oke friend, you go, you wait camp 1, oke?” A więc można się dogadać. Jedynie niewiele ponad godzinę schodziłem z 4160m na 3350m. Ostatni członkowie grupy dochodzili pół godziny później. Ale zważywszy, że byli wśród nas prawdziwi górscy wyjadacze liczący nawet blisko 70 lat, to za to co zrobili podczas tego wyjazdu należy im się wielki szacun. Większość młodych, by nie dała rady. Była to 5-osobowa grupa z Tarnowa w różnym wieku, ale naprawdę świetna ekipa. Dzięki za wszystko, pozdrawiam raz jeszcze i dzięki za solidny prowiant. Nie mniej kretyn, nas z dużymi plecakami i weteranów postanowił wykończyć. My zadowoleni, ze fajną ścieżką w dwie godziny dojdziemy do auta zawiedliśmy się, bo kretyn poprowadził nas bardzo okrężną drogą, nadłożyliśmy drogi o 100-150 procent więcej, po kamieniach, po czasami nieprzyjemnym terenie, do tego sam miał problemy z odnalezieniem właściwej drogi. Na pytanie czemu idziemy tędy odpowiadał- „oke friend”. Może jemu było tak wygodnie, ale dla nas klientów było to najgorsze rozwiązanie. Tylko widać, że u Murata klient to najmniej ważny element. Zapłacił kasę, bo trzeba z góry wszystko zapłacić. I potem można wszystko olać. Logiczne jest, że po ataku szczytowym w dół idzie się najprostszą i najkrótszą drogą a nie najgorszą i najdłuższą. Na Araracie może być inaczej. Do tego zamiast z 2170m auto odebrało nas z 2000m, bo zbyt dziurawa droga. A droga była cała taka sama, inne firmy terenówkami wwożą nawet do 2500m, ale Murat na wszystkim oszczędza. A więc po wejściu z 4160m na 5135m zejście na 2000m (kto nie przeszedł czegoś takiego nie zrozumie jak duży to wysiłek), wszystko w ciągu kilkunastu godzin. Spowodowało to, że niektórzy weterani naprawdę mieli dość, ale kretyn nie wziął nawet niedużego plecaka, by pomóc któremuś z nich. Koledzy musieli pomóc a on z reklamówczeką i w dresiku szedł sobie na luzie na dół. Nas  z plecakami też chciał wykończyć, bo nasze plecy, mięśnie nóg i stopy naprawdę dostały w kość – zupełnie niepotrzebnie (może to kara, że nie wynajęliśmy koni na nasze bagaże – zdaje się, że 100 dolarów za dzień z limitem wagi). Do tego kretyn zapomniał nam powiedzieć, że będziemy szli inną trasą, gdzie nie ma wody, więc ostatnia woda była w obozie nr 1, stąd przez kilka godzin podczas wędrówki w upale, zmęczeni, nie mięliśmy co pić. Jak przełknąć śliny, bo w ustach od kilku godzin pustynia. A potem jeszcze godzina jazdy samochodem i kretyn nie chciał byśmy się w mieście zatrzymali na zakupy (pewnie mięliśmy przepłacać u Murata 6km drogą do góry za miastem). Kierowca na szczęście zgodził się łaskawie na 5 minut postoju, ale kretyn dosłownie odliczał czas. Traktowali nas jak „więźniów” a nie jak klientów - pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Podczas tej okrężnej drogi zejściowej niektórzy nawet się obawiali, że kretyn prowadzi nas w miejsce, gdzie ktoś nas napadnie i obrobi.

Wszyscy na kretyna byli wściekli niemiłosiernie, niektórzy rzucali w jego stronę różnymi obelgami. Gdy ruszyliśmy z pod Araratu w drogę powrtoną to spytał się czy „oke”, nikt nie odpowiedział, u Murata na „oke friends” też nikt nie odpowiedział, nikt mu nie podziękował ani się nie pożegnał. Bo na to nie zasłużył. Nie pochwalam takiej dziadowskiej organizacji ale ją rozumiem, rozumiem motywy. Kurdowie wiedzą, że muszą wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy w ograniczonym czasowo sezonie i że jak ktoś raz przyjechał na Ararat, zdobył go, to juz nigdy tutaj nie przyjedzie, wiec można go olać. A jak przyjadą nowi to też nie będą mieć wyjścia, tylko będą się musieli użerać z kretynami (i walczyć o wszystko co uzgodnili, bo tutaj dane słowo ma wartość względną). Jako ciekawostkę dodam, że chłopak który szedł z koniem i bagażami tych którzy z tej usługi skorzystali, chciał od nas wszystkich kijki, czapki i okulary, nawet próbował siłowo je zabrać. To właśnie pokazuje z kim tutaj w Kurdystanie mamy do czynienia. Nie żadna chociażby nieatrakcyjna propozycja wymiany jak np. w Maroku, tylko dawaj, bo masz mi to dać i koniec! Czy niżej chłopak idący z krowami chciał bym mu dal okulary przeciwsłoneczne, tak po prostu. A niby z jakiej racji. Ja na nie zarobiłem i daję im zarobić, więc jeśli ktoś ma już coś komuś dawać to oni nam, turystom.

A zatem góra zdobyta, 3 dniowy łatwy trekking, ale bardzo fajny. Potężny i efektowny wulkan górujący nad wszystkim. Bardzo udana wycieczka, a dzięki kretynowi jest o czym pisać i co wspominać.

Teraz czas na Iran.

FILM: ARARAT.

Z podróżniczym pozdrowieniem

Gregor  

(stary blog z wyprawy 2012, wrzesień)

P.S.

Gdy kończyłem pisać powyższy tekst wczoraj, co zajęło mi trochę czasu, nagle mój komputer został wylogowany w kawiarence internetowej, gdzie tekst powstawał (a nie minął czas jaki wykupiłem). Po ponownym zalogowaniu po tekście nie było ani śladu. Właściciel oczywiście zero angielskiego. W każdym bądź razie powyższy tekst, który przeczytaliście musiałem napisać jeszcze raz. Ale nie obyło się bez kolejnych problemów, bo były awarie prądu. Na szczęście co kilka minut wysyłałem tekst do siebie emailem, więc straty były niewielkie, by na końcu zebrać go w całość.

Na zdjęciach:
1 – turecki kebab w mieście Van
2 – centrum Dogubeyazit
3 – gra w tryktrak na głównej ulicy w Dogubeyazit
4 – Ararat, obóz II, 4160m (na pierwszym planie mój namiot)
5 – na szczycie Araratu 5135m (skład: na stojąco grupa Polska z Tarnowa: Jan Rędzi - Jano, Jan Sznajder, Stanisław Węgrzyn, Barbara Sznajder, Józef Leś, na kucająco od lewej: dwóch Irańczyków (trzeci robi zdjęcie), ja, dwóch Kurdów)
6 – panorama z Araratu 5135m w kierunku Dogubeyazit


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2020 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search