Blog

Blog

Najwyższy wulkan - Demawend (5633m, Damavand) i Teheran (Iran)

Fumarole pod wierzchołkiem Demawendu

Po przekroczeniu granicy turecko - irańskiej można odnieść wrażenie, że znajdujemy sie na innej planecie. Planecie, którą zamieszkuje znacznie wyższa cywilizacja. Tam, gdzie w Turcji tylko uschnięta trawa i latające śmieci, w Iranie pola uprawne, kanały wodne, zakłady przetwórstwa. Drogi też lepsze, autobusy także. Zabudowa i wyglad rowniez na wyższym poziomie niz we wschodniej Turcji. Iran bowiem to calkiem rozwiniety kraj i mimo zastosowanych licznych sankcji gospodarczych, bardzo zlego wizerunku na Zachodzie, to radzi sobie nad wyraz dobrze. Z tej perspektywy dążenie Kurdów do wlasnego panstwa to jakaś utopia. Nie sa na to gotowi i szybko nie beda, chyba ze chca utworzyc kolejne panstwo o nazwie: chaos i bieda.

 

Nie znaczy to oczywiście, ze Iran jest tak bardzo cywilizowany. Chaosu, biedy i dziadostwa tez tutaj sporo, ale na pewno jest to jedno z najbardziej rozwiniętych państw Azji. Nie mniej, zacofanie tez tu jest widoczne. Chocby obserwujac jak w banku za okienkiem pracownicy palą papierosy, podobnie kierowcy autobusow. Inny przykład – pieszy jest intruzem ktorego nalezy rozjechać. Jesli ktos stanie na przejściu dla pieszych i bedzie czekal az go ktos przepusci to bedzie czekal do śmierci. Nikt go nie przepuści. By przejsc na druga strone jakiejkolwiek ulicy trzeba wtragnac na jezdnie i wymuszac na samochodach i motorach zatrzymanie sie, jednocześnie lawirując miedzy nimi i uwazac, gdy auto z wielka prędkością przejeżdża kilka centymetrów obok. Takie tu sa zasady, zreszta nie tylko w tym azjatyckim kraju. Są czasami przejsca dla pieszych – podziemne i nadziemne – ale niechetnie uzytkowane, mimo ze w tych nadziemnych sa często ruchome schody. Na granicy oczywiście spowodowałem zamieszanie. Człowieku co ty tutaj robisz? Nie wiedzieli co ze mną zrobić, ale papiery w porządku to i wpuścili mnie do Iranu. Kolejny krok to wymienić walutę. Wpierw w banku dowiedziałem się jaki jest kurs, a potem u ulicznych wymieniaczy (innych „kantorów” nie było) przystąpiłem do wymiany waluty. A to nie takie proste. Riale, tomany, chomeini. Niby oficjalne są riale, ale tak naprawdę używa się tomanów i chomeinich. 10 000 riali = 1000 tomanów = 1 choemini. Przy czym pieniądze to riale, które przez ucięcie zer stają się tomanami lub chomeinimi. Po kilku minutach miałem więc kilka milionów riali (rials), kilogram marnej jakości banknotów (monety też są, ale głównie w dużych miastach się ich używa). Z granicy dwoma taksówkami dotarłem do miasta Maku, skąd luksusowym autobusem za niewielkie pieniądze w 12 godzin do Teheranu. Jako że turystów tu praktycznie nie ma, jedynych zagranicznych turystów spotkałem na Demawendzie i paru Kitajców w hostelu w Teheranie, to robie za ciekawostkę. Wszędzie gdzie jestem w Iranie, wyłącznie z Teheranem, jestem jedynym cudzoziemcem widocznym na ulicach. Na szczęście trochę zarosłem, a ubranie mam przykurzone, więc coraz czesciej biorą mnie za swojego. Mogę wtopić się w tłum. Z karnacją skóry również nie mam problemów, bo miejscowi mają odcienie od białej do brązowej. Moja, spalona przez słońce, jest gdzieś pośrodku.

 

Bycie jedynym cudzoziemcem ma swoje plusy i minusy. Minusy takie, że ciągle cię obserwują, „rzucają się” niektórzy, gdy robisz zdjęcia. Stoisz na placu, robisz zdjęcie, a 100 osób wokół cię obserwuje. Pewnie to, że jestem cudzoziemcem spowodowało, ze próbowano w zatłoczonym Teheranie okraść moj podręczny plecak, na szczęście bezskutecznie (Iran już nie jest tak bezpieczny od pospolitych przestępstw jak kiedyś). Plusy są takie, że Irańczycy nie pozwalaja tobie tutaj zginąć. Ciesza się, że odwiedziłeś Iran i probuja ci pomóc. Z angielskim jest lepiej niz w Turcji, ale jego znajomosc jest slaba. Język perski jest trudny, nawet cyfry sa inne niz w alfabecie lacinskim. W konsekwencji, Iranczycy sami czasem zagaduja czy moze ci pomoc, jak ich poprosisz, to mimo ze nie znaja angielskiego, staraja sie pomóc albo znaja kogos kto zna angielski. I generalnie sa uczciwi, choc bez przesady, trzeba byc czujnym. Taki przykład z Teherańskiego metra. Nagle obok mnie pojawia sie dwoch gosci, jeden z ksiazka do nauki angielskiego, z plecakiem z przodu i wita mnie w Iranie. Opowiada o sobie, ze studiuje, uczy sie angielskiego, chce troche konwersacji, daje mi swoj email, jestem twoim przyjacielem, gdzie jedziesz, uważaj, Teheran to bardzo niebezpieczne miasto, pełno kradzieży i rozbojów. Gdy w Ameryce Południowej pojawiali sie tacy „przyjaciele”, zawsze oznaczalo to, ze chca cie okrasc lub napaść. Więc stylem południowoamerykańskim, wyszedłem na najbliższej stacji metra i innym pociagiem dotarlem na swoja stację.

 

Jestem wiec w Teheranie. Ogromne, chaotyczne miasto, wiecznie zywe, mieszka tu 10mln ludzi, a nieoficjalnie 15mln. Żar leje sie z nieba. W końcu wokół pustynia i pustynne gory, ktore w zimie potrafią być ośnieżone. Szybkim autobusem dotarlem na drugi koniec miasta na inny dworzec autobusowy, skąd po 5 minutach jechałem pod Demawend. Tutaj w autobusach dostaje się cos do picia i słodkie do jedzenia (na dłuższych trasach). A propos szybkich autobusów miejskich, są one bardzo popularne w Ameryce Południowej i w niektórych azjatyckich krajach. Z wielopasmowej drogi (a w Teheranie niektóre mają po 10 pasów) wydziela się dwa tylko dla specjalnych autobusów. Buduje sie nowoczesne przystanki i w ten sposób powstaje linia autobusowa niemalże tak samo funkcjonalna jak metro (stąd nieraz funkcjonująca nazwa „metro bus”). Po Teheranie w ramach szybkiego autobusu jeżdżą klimatyzowane autobusy marki MAN, a bilety kosztują grosze, jak cały publiczny transport tutaj.

 

Po ponad 2 godzinach wysiadka. Potem dwoma prywatnymi samochodami dotarłem do drogi, skąd wyrusza się do pierwszego schroniska w masywie Demawendu. Schronisko znajduje się na 3025m, droga szutrowa odbijająca do niego z drogi asfaltowej jest na 2395m. Do schroniska mozna dojechać samochodem, ale koszty mimo że nie porażające, to jak na jedną osobę i tak za wysokie. Więc ruszyłem z moimi dwoma plecakami do góry. Gorąc, ale tez piękne widoki. Czasami wąż prześlizgnął się przez drogę. Jednego prawie zabiłem plecakiem, gdy zrzucałem go na odpoczynek. Na miejscu zastałem kilka metalowo-drewnianych barakow oraz meczet Al Zaman (Sahib al Zaman). W jednym z baraków spałem, na tylach meczetu tez są miejsca noclegowe. Jest to wszystko jednak bardzo prymitywne, sklepik byl bardzo slabo zaopatrzony, a ceny w nim oraz noclegów wyzsze niż w obozie drugim na 4250m (Bargah). Mozna jednak rozbic namiot. Tutaj oraz w bazie w Polour (Polur) mozna kupic pozwolenie, kosztujące 50 dolarow, które trzeba okazac w obozie drugim. W ciagu roku na Demawend wykupuje pozwolenie ok 500 cudzoziemców i około 5000 miejscowych. Zresztą Irańczycy to jedyna grupa z tej części świata, którą spotykam w gorach podczas moich podroży i wspinaczek. Odcinają sie od świata arabskiego i mowia, ze oni sa inni, a Arabowie sa leniwi, dlatego nie chodzą po gorach.Podkreślają, że Iran to nie jest kraj arabski.

 

Kolejnego dnia bardzo przyjemną ścieżka dotarłem szybko do obozu na 4250m. Tam jest prawdziwe schronisko, 4-5 lat temu wybudowane, sa plany postawienia podobnego w obozie 1 na 3025m. Ceny niższe, sklepik swietnie zaopatrzony, nawet cos cieplego mozna zjeść. Sale kilkuosobowe i wieloosobowe, a poniżej jest stare schronisko, gdzie mozna nocowac za darmo. W obozie I są problemy z woda, ale mozna ja kupic, w obozie drugim, gdzie blisko śniegi, woda jest. Zaprzyjaźniłem sie w „dwójce” z dwoma Francuzami, Niemką (o anglojęzycznym imieniu Daisy), i całą grupa Iranczykow, ktorzy nas karmili zresztą. Zaprzyjaźniłem się też z jednym z przewodników, ktory jak usłyszał, że jestem z kraju Kukuczki, do tego pochodze z jego terenów, to wrecz prosil mnie bym z nim ruszyl na szczyt. Za darmo, bowiem on mial juz klientów, ktorzy zapłacili. Grzecznie podziękowałem, lubię sam chodzić po gorach. A Demawend jest wyjątkowo łatwym wulkanem. Trzeba sie bardzo postarac, by sobie na nim krzywdę zrobic albo nie wejsc na szczyt. Mozna śmiało w adidasach, żaden specjalny ubiór i sprzet nie jest potrzebny, choc nad ranem na duzej wysokości jest zimno, bylo minus 12,5 stopnia C (końcówka sezonu). Na trasie mija sie kilka płatów sniegu, niektore z efektownymi penitentami, one robia tu za lodowce. Wchodząc na szczyt można butem nie dotknąć śniegu. Sporą atrakcją byly wyziewy wulkaniczne blisko szczytu. Ze schroniska do pokonania jest spory odcinek, bo z 4250m do 5634m, choc Irańczycy twierdzą ze Demawend ma 5671m (jesto to najwyższy wulkan i zarazem góra w Iranie). Powolnym tempem z przerwami wejście zajęło mi 5,5h (21.09.2012). Wyruszyłem o 4:45, a dzien wczesniej zrobiłem male rozpoznanie sciezki za schroniskiem. Szczyt zwieńczają małe skalki, za ktorymi krater. Tez nieduzy. W środku wypełniony małym lodowcem. W koncu moglem pochodzic trochę po sniegu, obszedlem tez dookola krater i najwyzszy punkt znajdowal sie po przeciwległej stronie szczytu (krateru). Ale roznice sa tak minimalne, ze nie ma co sie nad tym rozwodzić. GPS wskazal różnicę zalewie 2 metrow, 5632 do 5634 (przyjmuje 5633m), przy czym skalki z wysokością 5634m są tak kruche, tak zerodowane, ze niedługo się rozsypia i beda mialy kilka metrow mniej. W tym rejonie, poniżej, można zauważyć kilka niewielkich lodowców.

 

Na koniec przyjrzałem się wyziewom wulkanicznym i ruszyłem w dół – na szczycie byłem dobrą godzinę. Wpierw zszedłem do obozu 2, szybkie pakowanie i do obozu 1, a potem z ekipą Irańczyków zabrałem sie do Polour, gdzie spędziłem noc w bazie alpinistycznej (ok. 2200m). Droga z Teheranu prowadząca nad Morze Kaspijskie obok Demawendu w najwyższym miejscu przekracza ciut 2600m i jest bardzo efektowna.

 

Reportaż  o Demawendzie i dodatkowa porcja zdjęć znajduje się tutaj: Na szczycie trzygłowego smoka - MITOLOGICZNY DEMAWEND 5634m n.p.m. (W artykule między innymi odpowiedź czy Demawend jest najwyższym wulkanem Azji). Fillm: DEMAWEND.

 

pozdrawiam

Gregor

(stary blog z wyprawy 2012, wrzesień) 

 

Ciąg dalszy relacji jest tutaj: Morze Kaspijskie w Mahmoud Abad (Iran).

Podpisy do zdjęć:
1) Obiad w drodze do obozu I - meczetu Al Zaman (3025m)
2) Schronisko Bargah – obóz II (4250m)
3) Na zdjęciu obok mnie Daisy z Niemiec oraz Irańczycy – podczas wspólnego posiłku i ciekawych rozmów - schronisko Bargah (4250m)
4) Na szczycie Demawendu 5634m
5)Na szczycie Demawendu 5634m, za mną Daisy
6) Demawend widziany z Polur (Polour), ok. 2200m


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search