Blog

Blog

Azerbejdżan - James Bond, Wulkany, Petroglify, Pole Naftowe i próba aresztowania

Po przerwie na inne wydarzenia wracam do relacji z wyprawy po Turcji, Iranie, Gruzji, Armenii, Ukrainie i Azerbejdżanie, o którym będzie teraz. Wcześniejszy wpis znajduje się pod tym tytułem: Prawdziwa Rosjanka (Azerbejdżan – to nie sprzeczność).
 
Dzień w którym odwiedziłem niefty był dniem problemów z różnymi służbami policyjnymi. One w Azerbejdżanie ciągle źle reagują na aparat fotograficzny i na cudzoziemców w pewnych miejscach. Przywykłem jednak do tego. Podobnych problemów miałem wiele i nauczyłem sobie z nimi radzić.

 

Zaczęło się od porannego spaceru po Baku. Gdy spacerowałem po nowo utworzonym pięknym parku na wzgórzu, z wodospadami, roślinnością i zszedłem wprost przed jakiś rządowy budynek, zaraz pojawił się przy mnie policjant. Ale nie zwykły, z jakiejś specjalnej służby. Elegancka czapka, elegancki mundur i dosyć bogate pagony. I żąda bym wszedł do środka tego rządowego budynku, w którego bramie sporo różnych służb. Nie zna angielskiego. A wchodzenia do jakichkolwiek budynków z jakimikolwiek służbami należy unikać jak tylko się da. To zawsze wiąże się z kłopotami. Można stracić aparat, kartę pamięci z wszystkimi zdjęciami albo trochę pieniędzy na łapówkę. A jeśli ktoś myśli, że w takich miejscach działa prawo, pomoże mu jakaś ambasada, to bardzo może się zdziwić.

 

Nigdzie nie idę i pytam po rosyjsku czego chcesz? Robiłeś zdjęcia rządowego budynku, a to surowo zakazane – odpowiedział jeszcze gorszym niż mój rosyjskim. Nie robiłem żadnych zdjęć i nigdzie nie pójdę – zakomunikowałem. Chwyta mnie za ramię. Wyrywam się z uścisku. Jesteśmy ciągle na ulicy, więc musi się pilnować. Włączam aparat, pokazuję mu na ekranie LCD jakie zrobiłem zdjęcia. Nie było wśród nich budynku rządowego. Policjant traci rezon. Patrzę mu prosto w oczy i mocnym głosem mówię: coś jeszcze? Po jego minie widzę, że nie. Odchodzę, czekając czy coś się jeszcze wydarzy. Nic się nie wydarzyło. W takich sytuacjach najlepszy jest spryt, najgorsze pokazanie, że się boisz, a po środku przekonanie o swojej sile i danie sygnału: nie boję się ciebie palancie. W zależności od sytuacji należy stosować „najlepszy” lub „środkowy” sposób radzenia sobie w tego typu sytuacjach.

 

Na marginesie dodam tylko, że budynek był przeciętny, nawet nie przyszło mi do głowy zrobienie mu zdjęcia. Nie umieszczono też żadnej tabliczki zakazującej fotografowania. Po cholerę buduje się efektowny park w miejscu, gdzie niby nie można robić zdjęć?

 

Dlatego europejski wygląd Baku, europejska atmosfera na ulicach, nie mogą nikogo zmylić, to ciągle srogie państwo policyjno-wojskowe, które dopiero nieśmiało otwiera się na świat. To Azja. I minie jeszcze sporo lat zanim coś się tam zmieni.  Turystów w Azerbejdżanie ciągle jest niewielu, bo są duże problemy otrzymać wizę azerską a procedura jest skomplikowana i kosztowna. Dlatego miejscowe służby nie są przyzwyczajone do widoku turystów i nieraz źle reagują. Osobiście kilka razy spotkałem się z pytaniami policji i pograniczników, po jaką cholerę przywiało mnie do takiego kraju jak Azerbejdżan? Byli szczerze zdziwieni. Do tego też przywykłem, bo co roku jestem w miejscach, gdzie dziwią się na mój widok.

 

Ale w Europie często jest nie lepiej. Wyśmienitym przykładem jest Wielka Brytania. Nie tylko podczas  Olimpiady 2012 miejscowe służby miały szajbę w temacie robienia zdjęć i terrorystów. Paranoja w tym temacie towarzyszy im nieprzerwanie. Chyba za dużo filmów z Jamesem Bondem się naoglądali. W roku olimpijskim brytyjskie służby źle reagowały nie tylko w metrze, na lotniskach czy na stacjach kolejowych, ale także na robienie zdjęć obiektom sportowym, czy niektórym zabytkom Londynu. Taka osoba samotnie podróżująca jak ja, która robi więcej niż jedno zdjęcie obiektowi, ale się nie ukrywa, zaraz budziła podejrzenia. Kilkanaście razy pojawiła się przy mnie policja, czy wojsko i oglądali zdjęcia, niektóre chcieli bym skasował, bo coś tam. Jeśli zdjęcie było dla mnie nieistotne i w jego rogu był szlaban albo stojący żołnierz lub wykrywacz metalu, kasowałem. Jeśli zdjęcie było dla mnie ważne, to nawet gdy były te elementy, kategorycznie odmawiałem skasowania. Straszyli mnie zabraniem na posterunek, dochodzeniem, na co ja: bardzo chętnie. Potem rzucałem teksty o łamaniu praw człowieka, że to jest chore co robią, że na Białorusi jest lepiej (tam nikt nigdy nie przeszkadzał mi w robieniu zdjęć, gdziekolwiek je robiłem), że pójdę z tym do mediów, do ambasady, narobię szumu. Wspominałem, iż czystą głupotą jest budować obiekty olimpijskie, które mają być atrakcją, a którym nie można robić zdjęć. Pytałem o nazwisko mnie prowadzącego, jego numer służbowy, gdzie dokładnie pracuje, bo napiszę skargę. I w konsekwencji wściekli puszczali mnie zawsze.

 

Jeżeli się komuś wydaje, że terrorysta w biały dzień z dużym aparatem oficjalnie będzie robił zdjęcia obiektowi, koło którego przechodzą dziesiątki tysięcy ludzi dziennie i też fotografują, jest kompletnym kretynem. Zamknijcie ich wszystkich, tym bardziej, że najczęściej robią zdjęcia małymi aparacikami i smartfonami, a później wrzucają je do internetu. Terrorystów interesują bardziej szczegółowe informacje niż powszechnie dostępna fasada budynku. I używają zupełnie innego sprzętu, który zresztą każdy może kupić w necie. A jak dobrze poszukają to znajdą interesujące materiały bez wychodzenia z domu. Pewnie jakiś pracownik porobił sobie trochę zdjęć w zakamarkach budynku i wrzucił je do sieci. 

 

Ale wróćmy do Azerbejdżanu. Całe sąsiedztwo Baku wraz z przybrzeżnymi terenami Morza (de facto jeziora) Kaspijskiego to jedne wielkie pola naftowe i gazowe – jednym słowem: kopalnia. Pełno urządzeń do pozyskiwania surowców, bo Azerbejdżan „śpi” na gazie i ropie. Najbardziej znane jest pole naftowe dosyć blisko centrum miasta. Tam kręcono jeden z filmów o Jamesie Bondzie – „Świat to za mało”, z Pierce`m Brosmanem  (1999r.). Nie zmienia to faktu, że wielu mieszkańców Baku o tym nie wie, nie oglądało nigdy żadnego Jamesa Bonda. Ewentualnie wiedzą, że coś takiego miało miejsce, ale nie wiedzą gdzie.

 

Na szczęście można znaleźć ludzi, którzy dysponują większą wiedzą. Dotarłem w związku z tym w okolice jednego z portów sąsiadującego z polem naftowym. Nikt oczywiście nie wpadł tam na turystyczny pomysł, by zrobić ścieżkę przez te pole śladami Jamesa Bonda, zrobić mini muzeum ropy i gazu, by pokazać urządzenia i proces wydobywczy.

 

W tytule pisałem o nieftach, co to jest? Nieft – to po rosyjsku ropa naftowa. Jako, że bardzo mi się ten wyraz podoba i jest krótki, używam go jako synonim pól naftowych. Zresztą to słowo potocznie jest rozumiane także jako: pole naftowe, czy kopalnia ropy naftowej. Aczkolwiek istnieją w tym temacie bardziej skomplikowane rosyjskie sformułowania.

 

Dochodzę do nieftów, jest strażnica około 10 metrów nad ziemną, a w niej strażnik. Nie da się przejść niezauważonym. Wchodzę do góry. Je właśnie kanapkę i nie włada ani angielskim ani rosyjskim. To nawet dobrze, można użyć sprytu. Pokazuję mu gdzie chcę iść, on pokazuje, że nie można, na słowa „James Bond” reaguje twierdząco. Więc udaję fana tej serii filmów i nawijam po angielsku jak gość z ADHD. Przerażenie na jego twarzy, co on ma zrobić. Chciałby mi pomóc, ale nie może. A tu inostraniec uśmiecha się, macha rękami, energicznie coś gada, regularnie wymieniając słowa „James Bond”. Po kilku minutach, pokazuje mi że mogę iść i zasłania oczy. Zrozumiałem informację, idę na własną odpowiedzialność, on nic nie widział.

 

No to w drogę. Takie pole naftowe z setkami pracujących kiwonów to fantastyczny industrialny widok. Szalenie mi się podobało. Jedyny turysta, z aparatem, w miejscu gdzie go nie powinno być, więc w końcu mnie ktoś przyuważył. Podszedł do mnie mężczyzna. Zdrastwujcie, Zdrastwujcie, atkuda wy pryszli? Z Polszy. Szto ty zdies zdielesz? Słyszałem, że tu kręcili Jamesa Bonda, chciałem zobaczyć, super to wygląda. Ku mojemu zdziwieniu usłyszałem: witamy w Azerbejdżanie, tak, tu kręcili Bonda, miłego zwiedzania i odszedł. Uff. Przeszedłem przez pole naftowe, inni pracownicy patrzyli się na mnie z ciekawością, ale nie reagowali. Gdy już myślałem, że bez problemów wydostanę się z terenu nieftów, patrzę a tu budka strażnika przy jakiejś ruderze. A umundurowany strażnik się patrzy prosto na mnie. Nie dało się cofnąć. Za późno. Na szczęście aparaty pochowane w plecaku i w kieszeni. Z uśmiechem na twarzy podchodzę do niego i mówię, że się zgubiłem i jak mam dojść do meczetu Bibi-Heybat? A on prosto z mostu po rosyjsku czy mam aparat fotograficzny? Oczywiście że mam – odpowiadam, przecież nie uwierzyłby, że nie. To mam mu go dać. Udaję głupiego i pytam jeszcze raz jak mam dojść do meczetu? On do mnie, to jest strefa zamknięta i nie mogę tu przebywać ani robić żadnych zdjęć. Że będą teraz problemy. Nie rozumiem, przecież ja szedłem tylko skrajem nieftów, idę do meczetu, zgubiłem się. O co w ogóle chodzi? Strażnik gniewny ale i zakłopotany. Pyta się kto ja jestem, odpowiadam: turysta z Polski. Stwierdza, że musi zadzwonić do przełożonych, pytam, czy mogę skorzystać z toalety, którą zauważyłem. Mini toaletę, „na narciarza”. Mogę. Szybko wyciągam karty pamięci z aparatów, chowam do wewnętrznej kieszeni w pasku, uznałem bowiem, że sytuacja nie jest na tyle krytyczna, by je chować w majtkach albo skarpetkach. Do jednego aparatu wkładam nową kartę pamięci, a do drugiego wcześniej spreparowaną kartę – spodziewałem się kłopotów. Jest na niej kilka zdjęć nieftów z pewnej odległości. Mogą ją sobie zabrać, zniszczyć i mieć jakby co satysfakcję, że mnie złapali i mięli nosa. Nie uwierzyliby bowiem, że nie zrobiłem tutaj żadnego zdjęcia. Lata praktyki nauczyły mnie jak sobie radzić.

 

Spuszczam wodę, wychodzę z toalety. On dzwoni, z kimś rozmawia. Przeszkadzam mu w rozmowie i kolejny raz pytam jak mam dojść do meczetu? Rozumie co mówię, rozumie o jaki meczet mi chodzi. I widzi, że nie odpuszczam, oraz moje totalne zdziwienie całą tą sytuacją (chcesz podróżować tak jak ja, musisz m.in. potrafić być dobrym aktorem). W Połowie zdania odwiesza słuchawkę. Pyta mnie czy na pewno nie robiłem żadnych tutaj zdjęć? Skądże, przecież nie ma tu nic ciekawego, tylko niefty. Wskazuje mi drogę. Idę w kierunku meczetu, przy którym byłem już tego dnia i doskonale wiem jak do niego dojść. Gdy mam pewność, że mnie nie widzi, przebiegam przez wielopasmową drogę, wchodzę do miasta, zwiedzam jeszcze kilka pojedynczych nieftów na terenie prywatnych posesji, przy blokach, zjadam kebaba i wracam do centrum.  Egzotycznie wygląda jak wkoło są domy, sklepy, firmy, a między nimi kiwają się kiwony. Nawet widać prowadzone kolejne odwierty. Kiedyś takie scenerie były też w centrum Baku.

 

To nie był koniec przygód z miejscowymi służbami tego dnia. Gdy wieczorem jechałem metrem kupić bilet kolejowy, nie omieszkałem zrobić paru zdjęć. Policji pełno, ale udało mi się znaleźć bezpieczne miejsce, jak mi się wydawało. Nie przewidziałem jednak obecności tajniaków. I po chwili był przy mnie gość machając mi przed oczyma legitymacją. Chwycił mnie mocno za ramię  i chce gdzieś prowadzić. O co chodzi? Tu nie wolno robić zdjęć! A gdzie to jest napisane? Macie fajne metro, to chciałem mu zrobić zdjęcie, a tak w ogóle to czy jestem na dobrej stacji? Chcę dojść do dworca kolejowego. Tajniak się uspokoił i pyta co tutaj robię. Jestem turystą z Polski - odpowiadam i pytam ponownie jak mam dojść do tego dworca. Z Krakowa jesteś? Tak, z Krakowa – skoro pyta o Kraków to ma o nim jakąś wiedzę lub dobre wspomnienia. Krasiwyj gorod, byłem tam w siedemdziesiątym którymś roku. Tak krasiwyj, to jak do tego dworca? Prosto schodami ruchomymi i potem w lewo. Dziękuje, do widzenia. Do widzenia. Dotarłem do dworca kolejowego, po raz kolejny.

 

Parę słów o wulkanach błotnych. Azerbejdżan ma ich ogromną ilość, wszystkich typów. Nie mają one jednak nic wspólnego z wulkanami lawowymi. Najczęściej związane są z wydobywaniem się na powierzchnię gazu ziemnego. Mają charakter wylewny lub wybuchowy i tworzą niedużych rozmiarów stożki. Wylewające się błoto, nie wnikając w jego skład, po wyschnięciu jest twarde. Może mieć właściwości lecznicze. Sporo wulkanów błotnych można znaleźć też w rejonie Zatoki Perskiej, gdzie gaz jest wydobywany. Bliżej nas znajdziemy je na Krymie i w Rumunii(związane z naprężeniami skorupy ziemskiej).

 

Przy okazji odwiedzenia wulkanów błotnych w Qobustanie, w tej samej okolicy udałem się wraz z towarzyszką wycieczki – Tatianą, na zwiedzanie petroglifów. Dla których utworzono Park Narodowy. Te malunki naskalne mają 5000-12 000 lat i są wpisane na listę UNESCO. Uważa się, że najstarsze mają nawet 40 000 lat. Znajdują się w górsko-skalnej okolicy z widokiem na Morze Kaspijskie.

 

Z Baku do Tbilisi wracałem również pociągiem. Tym razem azerskim. Nowiutkim. Jakże inny widok przy gruzińskim złomie. To kolejny przykład, jaka przepaść dzieli Azerbejdżan od Gruzji. Za współtowarzyszy przedziału miałem pracowników azerskiej kolei, którzy jechali pomagać Gruzinom budować kolejowy łącznik z Turcją, by  Baku miało bezpośrednie połączenie. Miło spędziliśmy czas, pogadaliśmy. I jak w tych stronach bywa, mięli odpowiedni prowiant na drogę, także pitny, którym mnie częstowali. A tam się nie odmawia, bo to niegrzeczne.

Pozdrawiam

Gregor

  • Na zdjęciach:
  • 01) niefty na obrzeżach Baku, czyli kopalnia ropy naftowej,
  • 02) jeden z portów Baku, w pobliżu nieftów,
  • 03-04) wulkany błotne w Qobustan,
  • 05) petroglify w Qobustan
  • 06-07) gra tryktrak, popularna w tej części świata, na drugim zdjęciu drzwi wejściowe w kształcie gry do jednej z kamienic w Baku.
  • 08-09) azerski pociąg z Baku do Tbilisi i gościnni współpasażerowie.   


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2020 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search