Blog

Blog

Przez Morze Czarne na promie towarowym (Gruzja - Ukraina)

Prom towarowy Gruzja-Ukraina.

Oto końcówka relacji z wyprawy do Turcji, Iranu, Armenii, Azerbejdżanu, Gruzji i Ukrainy 2012. Wcześniejszy wpis: Ostatki w Gruzji.

Mogłem za nieduże pieniądze samolotem z Tbilisi do Warszawy dostać się w 3 godziny. Wybrałem jednak wersję 8-dniową i dużo bardziej męczącą oraz kosztowną.  W przeddzień wypłynięcia promu trzeba było dotrzeć do Poti, wcześniej kupić bilet – to jeden dzień. Prom się spóźnił o dwa dni – razem trzy dni. Potem płynął godzin 50 – mamy dni pięć. Szósty dzień spędziłem w Odessie i na staraniach by się stamtąd wydostać. Siódmy dzień witałem w Kijowie i kontynuowałem w pociągu do Lwowa. By pod koniec ósmego dnia dotrzeć do Polski, do domu.

Na promie spędziłem jednak ponad 60 godzin, bowiem od zaokrętowania do wypłynięcia minęło około 12-13 godzin. Prom nazywał się Greifswald, produkcji niemieckiej, dosyć stary ale zadbany. Prom towarowy. Używany przez niemieckie wojsko, potem pływał jako towarowy po Bałtyku, a około 2004 roku trafił na Morze Czarny i użytkowany jest przez ukraińskie linie. W ich ocenie to pawie nówka.

 

Skoro prom towarowy to i prymitywny, atrakcji tam żadnych nie ma. Posiłki przeciętne – 3 razy dziennie, obsługa zołzowata i to nie ważne czy stara czy młoda. Wszyscy hołdują klimat obsługi klientów z czasów ZSRR.  Prawie wszyscy pracownicy mięli też wyraźnie nadwymiarowe kilogramy – mało ruchu.

 

Na pokładzie tylko trochę ławek, mały bar z alkoholem i mini sklepik z artykułami chemicznymi przy recepcji(ceny w dolarach). Pasażerowie jednak dużo taniej zaopatrzyli się we wszystko co potrzebne na lądzie, więc na pokładzie nic nie kupowali.

 

Na promie znajdowały się dwa pokłady towarowe, gdzie tiry i wagony kolejowe, ale nie było kompletu. Prom średniej wielkości. Jeśli ktoś przyzwyczaił się do dużych europejskich promów pasażersko-towarowych z dobrym i obfitym jedzeniem czy z bogatą ofertą handlowo-rozrywkową. To na towarowych promach pływających na linii Gruzja-Ukraina o czymś takim nie ma co marzyć. Przyda się zrobić wcześniej zakupy na lądzie. Jakiś komputer czy tablet albo książka na pewno się przydadzą. Albo fajna ekipa, z którą można spędzić czas. Bez tego na statku jest nudno. Czas upływa od posiłku do posiłku. Na horyzoncie tylko morze, czasami delfiny i przez pewien czas górskie wybrzeże Krymu.

 

Do pokonania jest ciut ponad 1000km, a prom płynie z prędkością niewiele ponad 20km/h. Mimo późnej jesieni na wybrzeżu Gruzji były letnie klimaty. Na morzu się to zmieniło. Fale, wiatr i czym bliżej Odessy tym chłodniej. Dokładnie czym bliżej Iljiczewska, czyli portu towarowego koło Odessy.

 

Pasażerowie to byli prawie wyłącznie kierowcy tirów, poza tym trochę handlarzy a de facto przemytników i trochę osób jadących niby do przyjaciół i rodziny na Ukrainie, ale tak naprawdę chcących tam podjąć pracę i zostać lub przedostać się do Unii Europejskiej – najczęściej Polski – i prosić o azyl. Narodowościowo byli to głównie Gruzini, trochę Azerów i Ukraińców, oraz jeden Polak w mojej osobie. W sezonie turystycznym bywa więcej takich jak ja, którzy wybierają prom jako środek transportu, zwłaszcza Polaków i Ukraińców.

 

Moi współpasażerowie byli grupą bardzo jednorodną. Prawie wyłącznie mężczyźni. Bardzo zaniedbani. Ogromne brzuchy, twarze zniszczone przez życie, w tym alkohol. Nie przywiązujący wagi do ubioru i wyglądu. Trzydziestolatkowie wyglądali jakby mięli pięćdziesiąt lat. Smutny widok. Ale w większości byli sympatyczni choć co tu ukrywać - prymitywni. Nie mięliśmy za wiele tematów do rozmów. Choć jako jedyny turysta byłem ciekawostką. Ich tematy ograniczały się do alkoholu, dup (kobiet) i przygód za kierownicami swoich ciężarówek. Które zresztą namiętnie doglądali. Czas spędzali na piciu, paleniu w kajutach mimo zakazu i gadaniu o niczym. I na męczeniu mnie pytaniami typu: co mi odbiło, że wybrałem prom? Jak się żyje w Polsce? Jakie lubię kobiety? Jaki alkohol? I po co byłem w Gruzji?

 

Zwłaszcza jeden z moich starszawych, a może tylko zniszczonych, współtowarzyszy w kajucie był męczący niemiłosiernie. Codziennie kilka razy zadawał mi te same pytania. W tym czy obsługa komputera jest trudna i jak go w ogóle włączyć? Opowiadał jak walczył w Abchazji i Osetii, był ileś razy ranny – ale żadnej rany nie chciał pokazać. Chyba życie pomyliłeś z grą komputerową, chciałem mu odpowiedzieć, ale przecież on nawet nie potrafił włączyć komputera.  A chrapaniem obudziłby zmarłych. Jechał na Ukrainę z zamiarem podjęcia pracy bez zezwolenia. Już nawet jego koledzy kazali mu się zamknąć i przestać pociskać pierdoły. A mnie mówili, nie przejmuj się durakiem. Nie przejmowałem się, durak pozostanie durakiem – nic nie zrobisz.

 

Promy są też ważnym środkiem transportu dla przemytników. Kierowcy współpracują z „handlarzami”, bo w ciężarówkach można wiele ukryć, np. papierosów i dalej je przerzucić na zachód. Przewozić towar w walizkach nie ma sensu, bo to nieopłacalne i ukraińskie rentgeny lub psy towar wykryją. Odkąd Gruzja jest w stanie wojny z Rosją, to ukraińskie promy są głównym środkiem przerzutu towarów na Ukrainę, do Rumunii, czy Polski.

 

Trochę się wynudziłem na promie. Czasami pogadałem z Jurijem, który też się nudził. Prom dobił do portu w Iljiczewsku trzeciego dnia podróży przed południem. Było szaro i zimno. Na pokład weszły liczne służby ukraińskie. Ja nie miałem problemów, ale inni tak. Do wyjaśnienia zatrzymano jedyną rodzinę z małymi dziećmi, którą w końcu puszczono. A mojego wkurzającego współpasażera z kajuty zawrócono do Gruzji. Jego 200 dolarów obowiązkowego depozytu przydało się, miał za co wrócić z powrotem. Ukraińcy się na nim poznali. Zresztą widziałem jak dziwnie się zachowuje podczas kontroli i nie mogło to się skończyć inaczej. W kajucie bohater, przy pogranicznikach (strażnikach granicznych) w panice i strachu. A Ukraińcy wiedzą po co przypływa tutaj tylu Gruzinów, którzy tak jak my Polacy wiz nie potrzebują. Po długiej odprawie zejście z pokładu i do rozlatującego się busa. Upchali nas jak sardynki a część naszych bagaży wrzucili na wózek widłowy. Jako że to port towarowy taki sam jak w Poti, to pasażerowie nie mogą się poruszać pieszo, muszą jechać. Dowieziono nas pod budynek znajdujący się kilkaset metrów dalej, gdzie dalsza część kontroli. Nikogo nie było, ukraińska straż graniczna miała wszystko gdzieś. Gdy pytaliśmy, czy ktoś nas oprawi i puści wolnym odpowiadali: może. Pełen luz, wszyscy się snują, ale nikt nic nie robi. Wśród straży granicznej było sporo młodych atrakcyjnych kobiet, a wkoło niemal sami mężczyźni. Wybrały więc taktykę kontaktu  w stylu pogardliwego rozkazywania i ignorowania. Ale parę tanich komplementów moich towarzyszy i jabłko w prezencie wystarczyły, by jednak się uśmiechnęły, pożartowały, zaczęły się bawić swoimi włosami i nawet pozwoliły zapalić światło w bardzo ciemnym pomieszczeniu. Dzięki wielkie. Przyszli też koledzy od rentgena, którzy zaczęli nas sprawdzać. Bardzo specyficzny klimat. Wszyscy mają wszystko gdzieś, trochę pokazania kto tu rządzi, budynki z czasów głębokiego ZSRR i zachowanie oraz maniery służb także. Wolę takie klimaty i takie zachowania niż bezład organizacyjny i chamstwo polskich służb granicznych na wschodnich granicach, którego doświadczam za każdym razem, gdy je przekraczam.

 

Dalsza kontrola także była klimatyczna. Obok wejścia plakat, że ukraińskie służby graniczne stosują standardy Unii Europejskiej i że pieniądze na szkolenia daje właśnie ona. Standardy Unii… ale chyba radzieckiej. Od lat podróżuję w te rejony i żadnych zmian nie zauważyłem, a granice na wschód od Polski przekraczałem już kilkadziesiąt razy. Nie zmienia to faktu, że służby graniczne w Iljiczewsku były dla mnie miłe, jedynie mój paszport zrobił trochę zamieszania: co to za gość, który ma tyle wiz z niemal całego świata. Musieli dokładnie to sprawdzić, przyszedł przełożony – działo się to jeszcze na statku – i powiedział, że jest wszystko w porządku. A na rentgenie wykryli sprzęt wspinaczkowy, musiałem kawałek go pokazać, bo myśleli że to broń. Jurijowi znaleźli jego zabytkowe rzeczy, które wiózł z Gruzji, ale miał na nie papiery to go puścili. A propos tych europejskich standardów, to mamy oto taką sytuację. Mały pokoik z rentgenem, bez kamer, dwóch pracowników służby granicznej i wszyscy wchodzą pojedynczo. No i co by było, gdyby znaleźli cos podejrzanego? Faktycznie czy wyimaginowanego. Otóż stworzono idealne warunki do wymuszania łapówek. Standardy europejskie jak diabli.

 

Od przycumowania promu do nabrzeża, aż do opuszczenia terenu portu minęły dwie godziny. W końcu. Pod budynkiem stały taksówki, więc zabraliśmy się jedną z nich z Jurijem do Odessy oddalonej o jakieś 20km. Port jest na zadupiu, ale pewnie przy głównej drodze niedaleko portu można złapać jakąś marszrutkę do Odessy. Kolejnym celem było złapać pociąg do Lwowa, a dla Jurija autobus do Kijowa.

Pozdrawiam

Gregor

 

O przeprawie przez Morze Czarne można poczytać również na stronie Onetu: Promem z Ukrainy do Gruzji wśród przemytników, handlarzy i kierowców tirów.

Na zdjęciach: przeprawa promem towarowym przez Morze Czarne z portu w Poti w Gruzji do portu w Iljiczewsku na Ukrainie. Wśród zdjęć są moi współpasażerowie a na przedostatnim zdjęciu widok na wybrzeże Krymu, jeszcze ukraińskiego.  


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search