Blog

Blog

Takie rzeczy to tylko na wschodniej granicy Polski (Szeginie-Medyka)

Dworzec kolejowy we Lwowie.
Ostatniego dnia wcześnie ruszyłem na dworzec kolejowy we Lwowie, przed którym postój marszrutek do granicy. Po drodze kupiłem trochę alkoholu, w końcu zbożowy nemiroff czy obołoń chlebowy, to solidne produkty (szkoda tylko, że przez granicę można przewieźć zaledwie litr mocnego trunku). Nawet ja, który nie lubi alkoholu i rzadko go używa, to jednak rzadko nie znaczy wcale. Zdarzają się okazje, że przy kawie nie da rady. Dosyć długo czekałem na tramwaj, ale w końcu przyjechał. Przed dworcem kolejowym złapałem marszrutkę do granicy i w drogę. Przede mną był niemal cały dzień - nie miałem jednak złudzeń, że te niewiele ponad 400km będę pokonywał do późnego wieczora. Lata praktyki. Marszrutka, czyli rodzaj komunikacji publicznej na tym odcinku, jechała wolno. Przed piłkarskim Euro2012 tylko część drogi naprawiono, ale nie poszerzono do dwóch pasów w każdym kierunku. Do tego marszrutka zajeżdżała do wiosek na uboczu. Dużo biedy było wszędzie widać, a i ludzie trochę zdziczali. W marszrutce przybywało ludzi, w pewnym momencie było ich tyle, że nawet nie mieścili się by stać w środku, a to był tylko taki większy mikrobus. Wszyscy strasznie ściśnięci i gdy podjechaliśmy do jakiegoś miasteczka to ludzie wychodzący i wchodzący zaczęli siebie tratować nawzajem. Ci w środku chcieli wyjść, ale ci na zewnątrz chcieli za wszelką cenę wejść i może załapać się nawet na miejsce siedzące. Czułem się trochę jak w Indiach czy w Nepalu. Nawet miejscowi zaczęli krzyczeć na siebie: ludzie nie zachowujcie się jak bydło – niech jedni wpierw wyjdą, to wtedy wejdziecie. Siedząc z ogromnym plecakiem przy nosie i na kolanach, oglądałem tą scenę i z rozbawieniem i z zażenowaniem. Byłem jedynym turystą w marszrutce. Moja sąsiadka, trochę zawstydzona, chcąc jakoś wytłumaczyć tą sytuację powiedziała – to u nas normalne, niektórzy są ciągle jak zwierzęta.

W końcu jest – przygraniczne Szegini (Szeginie). Marszrutka trasę 80-ciu kilometrów, choć pewnie w rzeczywistości było ich więcej ze względu na odbicia od trasy, pokonała w ponad 2 godziny (w tym kilka krótkich postojów). Ruszyłem ku przejściu granicznemu. Kolejka samochodów i tirów, ale jest też przejście dla pieszych. Zdumiało mnie jednak to co zobaczyłem – a niemal nic mnie już nie dziwi. Strażnica ukraińska w remoncie. A za punkt odpraw służyły dwie marszrutki czyli dwa mikrobusy, w oknach siedzieli strażnicy. Na starszawych marszrutkach napis Ukraina i że to przejście graniczne oraz punkt kontroli. Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Czegoś takiego to nie widziałem w najdzikszych zakątkach naszej planety. Po co ja w ogóle jeżdżę tak daleko, skoro pod nosem takie atrakcje. Z błotnym torem przeszkód. Bo nikt nie pomyślał, że jak postawią na trawie te marszrutki, a dziennie granicę przekraczają tysiące ludzi, to z trawy się zrobi błotne bajoro zwłaszcza, że padał z przerwami deszcz. Więc w błocie po kostki stanąłem w kolejce do punktu kontroli w marszrutce. Wstyd i kompromitacja Ukraińców. Ten ich luz i to że mają wszystko w dupie czasami jest fajne, ale bez przesady. Sami Ukraińcy krzyczeli na strażników, że co to jest – granica z Unią Europejską czy trzeci świat. To ma być k…a przejście graniczne w błocie i z odprawą w marszrutkach, czy wyście poszaleli – krzyczeli. Byli nawet tacy co wyzywali głośno strażników od kretynów i debili, że jak to można było w takim miejscu zrobić przejście graniczne, nie wyłożyć podłoża niczym. Że trzeba zadzwonić po telewizję. Strażnicy zagryzali zęby i nie reagowali. Ale zdjęć nie pozwalali robić (co nie znaczy, że ich nie zrobiłem z ukrycia).

 

W tych warunkach jednak nie było mowy o kontroli, więc kolejka przesuwała się szybko, pieczątka i dalej w drogę, do polskiej straży granicznej. Tam marszrutek nie było, błota niewiele, ale to nie znaczy że wcale i nie znaczy że było lepiej. Polska część trasy dla pieszych też była w bardzo marnym stanie technicznym z dziurami w płocie, ale najgorsze było to, że przed naszym przejściem był ogromny tłum. Jak zawsze. Dużo większy niż przed Ukraińcami. I jak zawsze polskie służby nie były sobie wstanie z tym poradzić. 99% to były mrówki, czyli drobni handlarze, głównie Ukraińcy. Byłem jedynym turystą, spotkałem też polskiego studenta ze Lwowa i ukraińską studentkę studiującą w Krakowie. Zresztą tą ostatnią widziałem o poranku w centrum Lwowa, a potem jechaliśmy razem pociągiem do Krakowa.

 

Student z Lwowa opowiadał, że takie klimaty na tym przejściu to standard, a bywa nawet gorzej. W końcu średnio co miesiąc przekracza tą granicę. Mrówki ukraińskie same namawiały nas byśmy spytali Polaków czy nie puszczą nas wcześniej, bo to nie ma sensu byśmy turyści czy studenci stali z nimi. To podchodzę do jakiegoś polskiego strażnika granicznego – uprzedzę od razu, że chama i prostaka – i grzecznie pytam się, czy możemy zostać szybciej odprawieni. Na co on: do kolejki k…a. Gdy poprosiłem go o numer służbowy i nazwisko, to „bohater” szybko uciekł. I takich właśnie strażników polskich spotykam ciągle na wschodnich granicach. Zero kultury osobistej, inteligencji niewiele więcej. Mimo tylu zwiedzonych krajów, mimo tego że setki razy przekraczałem różne granice, to nigdzie z takim chamstwem i bałaganem nie spotykam się jak na przejściach granicznych na wschodzie Polski. Na kilkadziesiąt razy nie zdarzyło mi się normalne, o dobrym standardzie przekroczenie lądowej granicy Polski z którymś z naszych wschodnich  sąsiadów. A najbardziej żałosne jest chamstwo i to pokazywanie władzy przez naszych pograniczników – co to oni nie są. A są kim… bez komentarza.

 

To z powrotem do kolejki, która w ogóle się nie posuwała. Wielki ścisk, zgniatanie, popychanie, znowu awantury, by ludzie nie zachowywali się jak zwierzęta. Po pół godzinie zauważyliśmy (nasza trójka), że niektórzy petenci wchodzą jakimiś bocznymi drzwiami, które od wewnątrz otwiera strażnik – okazało się, iż to ukryta przed światem ścieżka odprawy tylko dla obywateli strefy Schengen, czyli też dla mnie. Wykorzystaliśmy chwilę otwarcia i weszliśmy do środka, mimo że chciano nas zatrzymać. Ale mnie z potężnym plecakiem i z dużą siłą wchodzącego do środka zatrzymać się nie dało. Strażnik coś na mnie krzyczy, macha rękami. Uspokój się człowieku, macie tutaj totalny burdel, nie krzycz tylko weź się do roboty, mam prawo być w tym pomieszczeniu – usłyszał ode mnie w odpowiedzi. Zgłupiał. Przyzwyczajony pewnie, że wszyscy go przepraszają za to że żyją, nagle dostał opieprz od brodatego z plecakiem. Zadziało. Polski budynek a wręcz budyneczek odprawy pieszych na przejściu granicznym Szeginie – Medyka jest zupełnie nieadekwatne do potrzeb. Znalazłem się w środku i od razu wiedziałem, że to Polska, bo wszystkie twarze służb z minami obrażonych na cały świat. Niezadowolonych z życia i na NIE. Jak ja tego nie lubię w naszym kraju.

 

Uff, w końcu w Polsce. Za plecami zostawiłem tłumy ludzi, stojących w warunkach urągających ludzkiej godności. To wstyd, że Polska nie potrafi sobie z taką drobnostką poradzić.

Po przekroczeniu granicy wszyscy dzięki Ukraińcom byli ubłoceni, przemyć się można było w kałuży na nierównym chodniku za polską strażnicą. Kawałek dalej czekały mrówki oferujące sprzedaż alkoholu i papierosów – co cieszyło się popularnością za sprawą bardzo restrykcyjnych i absurdalnych granicznych limitów na jedną osobę. Czekała też marszrutka u nas zwana busem na dworzec kolejowy w Przemyślu.

 

Wyremontowany ponownie przed mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej dworzec prezentował się okazale. Tu kolejek nie było, bo też nie było ludzi. Ledwo zdążyłem na mój przedostatni pociąg do Krakowa, który gwarantował dotarcie tego dnia do domu. Niecałe 250km pokonałem w ponad 5 godzin. Ale to i tak był świetny czas, bo z Krakowa do Katowic czyli jakieś 70km lub niewiele więcej jechałem prawie równe 2 godziny i 30 minut. To na rowerze bym szybciej dojechał. Nie wiem co się dzieje, ale już kilka lat temu polska kolej była bardzo wolna, a teraz jest jeszcze wolniejsza. Pod tym względem najściślejsza światowa czołówka – najwolniejszych kolei świata. Żeby jeszcze za ten stan odpowiadały remonty na szeroką skalę, ale ich skala była minimalna, nieuzasadniająca tak wolnej jazdy. 70-80 lat temu kolej w Polsce funkcjonowała dużo sprawniej i osiągała ponad 100km/h, może dlatego że w dużej mierze była to kolej niemiecka. Na przykład z Bytomia przed rokiem 1940 do Berlina można było dotrzeć ekspresem „Latający Ślązak” w 4 godziny 25 minut (ok. 510km), a pociąg jeździł do 160/km/h (średnio 128km/h). Dzisiaj takie czasy są nieosiągalne dla polskich kolei. Dlatego absurdem jest, by dwie sąsiednie aglomeracje: krakowską i górnośląską łączyły pociągi jadące poniżej 30km/h. Ten odcinek pociąg powinien pokonywać maksymalnie w 30 minut. Trzeba jednak pochwalić Polskę, że w końcu widać, że się tutaj coś dzieje, buduje. Jeszcze kilka lat temu jak wjeżdżałem z Ukrainy do Polski, to różnicy nie było widać – taki sam syf. Teraz różnicę już widać. Co prawda na razie widać place budów, ale może one się kiedyś skończą i co najważniejsze ukończone „dzieła” będą miały odpowiednie standardy.

 

W opadach śniegu dotarłem na budowany jeszcze nowy kolejowy dworzec katowicki – o niebo lepszy niż to wcześniejsze dziadostwo, ale bez rewelacji. Do Bytomia dotarłem przed 22:00. Jednak wolę śnieg i mróz niż upały, więc zmiana pogody bardzo mi odpowiadała. Niedługo mogłem się jednak cieszyć chłodami, gdyż trzeba się było przepakować i ruszyć do upalnego Egiptu.

 

Gdy przystąpiłem do rozpakowywania i z kieszeni oraz innych zakamarków wyrzucałem jakieś drobniaki zdałem sobie sprawę ile różnych walut „przerobiłem” na wyprawie. Startowałem z Wielkiej Brytanii, gdzie funty, potem lira turecka, irański rial (a w praktyce używa się tomanów i chomeinich, ale na bazie riali(pisałem o tym wcześniej)), gruzińskie lari, azerbejdżański manat, armeński dram, ukraińskie hrywny, w Polsce złotówki, a w Egipcie czekały mnie miejscowe funty (oraz dolary i euro, którymi też można płacić). Sama radość. Potrzebowałem też pięciu wiz: do Turcji, Egiptu, Armenii, Azerbejdżanu i Iranu. Przy czym do tych dwóch ostatnich państw nie było to łatwe i trwało dwa miesiące (ostatnią wizę dostałem na kilka dni przed wylotem).

 

Na zdjęciach:

1-2) ukraińskie piesze przejście graniczne w Szeginie w mikrobusach pod koniec 2012 roku,

3-4) po przekroczeniu granicy trzeba się umyć, nie ma to jak kałuża w kraju Unii Europjeskiej,

5-7) Lwów – ratusz, rynek, tramwaj,

8) fragment zabytkowego dworca kolejowego w Przemyślu,

9) Bytom przywitał mnie zimowo. 


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search