Blog

Blog

Półwysep Reykjanes i Reykjavik (Islandia)

Pole geotermalne Seltun-Krysuvik (Islandia).
Jestem na lotnisku w Keflaviku, który generuje niemal sto procent lotniczego ruchu międzynarodowego na Islandii. Obsługuje ponad dziesięć razy więcej pasażerów niż jest mieszkańców wyspy. Statystyki lotniska mówią o ponad 3 milionach osób rocznie i liczby rosną. W 2014 roku Islandię odwiedziło milion turystów, na rok 2015 spodziewano się trzystu tysięcy więcej. 50km do Reykjaviku można pokonać na różne sposoby. Dwa najpopularniejsze to wynajęty samochód albo autobus. Przy tej drugiej opcji są trzy możliwości. Dwie prywatne filmy i jedna miejska. Ceny od 1600 do 2400koron w jedną stronę (kurs podczas pobytu wahał się pomiędzy 134-142 korony za 1 euro, około 2,70-2,80zł za 100 koron). Najwygodniej i najszybciej jest flybusem albo grayline, a najtaniej i najdłużej autobusem miejskim linii 55, z której praktycznie nikt nie korzysta. Rok wcześniej przetestowałem prywatną ofertę, tym razem chciałem publiczną. Niestety nikt nie potrafił mi wskazać skąd odjeżdża autobus linii 55, ani gdzie przyjeżdża. Ani pracownicy lotniska, ani kierowcy konkurencji (chyba że nie chcieli).

Przed opuszczeniem lotniska kupiłem korony w kantorze, by nie zawracać sobie później głowy tym tematem. Pomyślałem, że jak będę szedł piechotą asfaltową drogą na Reykjavik, to zauważę jakiś przystanek autobusowy. Otóż błąd, nie ma ich przy głównej drodze, ale nie musiałem sobie tym zawracać głowy. Jeszcze nie wyszedłem z terenu lotniska a zatrzymała się przy mnie młoda dziewczyna oferując podwózkę do Reykjaviku. Urodziła się w Hiszpanii, na Islandię przyjechała w czwartym roku życia. Odwoziła tatę na lotnisko. Pochodziła z miasteczka Stykkishólmur, które planowałem odwiedzić. Zachęciła mnie do tego jeszcze bardziej, informując o muzeum wulkanów, które od niedawna tam działa.

Poprosiłem o wysadzenie przy autobusowym terminalu BSI. To jeden z kilku w Reykjaviku, co jest swego rodzaju absurdem. Miasto liczy zaledwie 120 tys. mieszkańców a ma kilka dworców autobusowych. BSI to terminal dla turystów, obsługujący trasę na lotnisko (można dopłacić i mikrobusem zostać podwiezionym do naszego miejsca noclegu) oraz turystyczne autobusy wyruszające do różnych islandzkich miejsc. Nieprzyzwoicie drogie, jak prawie wszystko na Islandii. Dalekobieżne autobusy komunikacji publicznej, dużo tańsze ale nadal bardzo drogie, odjeżdżają z innego miejsca, a autobusy komunikacji miejskiej i podmiejskiej mają węzły przesiadkowe porozrzucane po Reykjaviku i okolicach. Bardziej tego skomplikować się nie da. BSI terminal interesował mnie z innego powodu. Niedaleko jest zalesione wzgórze Oskjuhlid (61m n.p.m.), na którym planowałem rozbić namiot. Bo to nie prawda, że na Islandii nie ma lasów. Jest ich całkiem sporo, chociaż niewielkich obszarowo, w niektórych miejscach drzewa za wysoko nie wyrosły. Sztucznie się je sadzi od kilkudziesięciu lat.

Mój główny plecak ważył 24kg a podręczny 9kg. Z jednym nawet ciężkim wędruje się wygodnie, z dwoma już nie. Niestety, elektronika, jedzenie, sprzęt wspinaczkowy - swoje ważyły. Na wielodniową pieszą wędrówkę spakowałbym się inaczej, ale na Islandii lepiej mieć coś na czterech kołach. Najlepiej 4 x 4, jeżeli chcemy zobaczyć prawdziwą Islandię a nie ucywilizowane fragmenty. Wariant off roadowy przerobiłem rok wcześniej, ale i tym razem planowałem używać pojazdów mechanicznych, by dotrzeć do miejsc docelowych. Z nich i tak czekało mnie dużo chodzenia, ale z małym plecakiem. Lecz pierwszego dnia na Islandii nie miałem wielkich planów. Zwiedziłem solidnie Perlan (The Pearl), budynek z charakterystyczną szklaną kopułą, tarasem widokowym, restauracją i sztucznym gejzerem. Nic specjalnego, za to zdałem sobie sprawę z zupełnie odmiennych warunków niż w zeszłym roku. Okoliczne góry wtedy prezentowały się szaro, z pojedynczymi niewielkimi płatami śniegu. Teraz od około 200m n.p.m. było biało. Normalna zima. To dobrze dla moich celów górskich, niedobrze dla innych planów. W rejonie wzgórza są amerykańskie bunkry z czasów II Wojny Światowej i miejsce z kolejnym sztucznym gejzerem, nie działał, za to wydobywało się trochę naturalnej pary wodnej i siarkowodoru. Pod Reykjavikiem nie brakuje termalnych wód, a w pobliżu aktywnych i drzemiących wulkanów. Przed poszukiwaniami miejsca na rozbicie namiotu odwiedziłem niewielkie termalne kąpielisko Ylstrondin Nauthólsvik nad zatoką Fossvogur, a potem wróciłem do lasu koło Perlan i krajowego lotniska. Potężne drzewa jak na Islandię, alejki wykorzystywane przez rowerzystów i miłośników biegania. Namiot rozbiłem blisko kulminacji wzgórza, w ustronnym miejscu. Nie potrzebowałem wiele miejsca, a podłoże trawiasto-mchowe zapewniało wygodę, rzadką na Islandii poza campingami. Las chronił od wiatru, bardzo umiarkowanego pierwszego dnia pobytu. Inne pogodowe parametry: 5-6 stopni Celsjusza, sporo chmur, ale chwilami trochę słońca, czym bliżej wieczoru, tym więcej tego pierwszego i niewielkie opady deszczu. Całkiem przyzwoicie jak na Islandię. Na noc o tej porze roku na tych szerokościach geograficznych nie miałem co liczyć, trzeba się przyzwyczaić do panujących jasności przez całą dobę. Co zresztą jest bardzo wygodne. Gdy zjadłem kolację dochodziła dwudziesta, przygotowałem plecak do szybkiego spakowania kolejnego dnia. Praktycznie codziennie czekało mnie całkowite rozpakowywanie i pakowanie. Przez namiot i śpiwór, które zajmowały sporo miejsca w 70-litrowym plecaku, a wokół nich upchałem pozostałe rzeczy. Minimalne temperatury jakie zmierzył w nocy termometr wyniosły: +6°C w namiocie i  +4°C na zewnątrz.

Dzień 2, 24 maj 2015. Wstałem wcześnie, szybkie pakowanie, jedzenie, by przed 8:30 wyczekiwać przed terminalem BSI. Pojazdu, który zabierze mnie na 8-godzinną wycieczkę po półwyspie Reykjanes (organizator: sternatravel). Rok wcześniej trochę już się po nim włóczyłem, nastał czas na kontynuację. Do wycieczki przekonała mnie trasa i cena. Ta ostatnia wynosiła około 150zł, co jak na islandzkie warunki, było jak za darmo. W miarę punktualnie podjechał mikrobus, który przywiózł mnie obok kościoła Hallgrimskirkja. Tutaj przesiadłem się do mini autobusu, na 20kilka miejsc. Wyruszyliśmy w składzie: piątka uczestników i kierowca, który stwierdził: dla was mała liczba jest dobra, dla mojego pracodawcy - nie. Oprócz mnie trójka Amerykanów, w tym starsza para z Kalifornii, z pochodzenia Belgowie oraz Brytyjczyk. Pierwszy przystanek to Blue Lagoon (Błękitna Laguna), tutaj zostawiliśmy młodą Amerykankę, która przed wylotem do Nowego Jorku, chciała zaznać kąpieli w najsłynniejszym i najbardziej komercyjnym islandzkim termalnym kąpielisku. Miała dwie i pół godziny na wszystko, a my pojechaliśmy dalej. Pierwsza atrakcja, najbardziej mnie interesująca, to pole geotermalne Seltun-Krysuvik (Krisuvik). Krysuvik to także aktywny wulkan. Cała okolica należy do najbardziej aktywnych sejsmicznie w Islandii, a na głębokościach mniejszych niż tysiąc metrów, temperatura przekracza dwieście stopni Celsjusza. Jak to na zorganizowanych wycieczkach, których bardzo nie lubię, został nam wyznaczony czas nieadekwatny do potrzeb. Od razu umówiłem się z Brytyjczykiem w średnim wieku na niesubordynację i co najmniej dwukrotne wydłużenie czasu. To pozwoliło na dokładne przyjrzenie się termalnym źródłom, kolorowym nalotom i wejście na wzgórze (wulkan) Krysuvik, gdzie nie tylko fajne widoki, ale przede wszystkim fumarole - wysokotemperaturowe ekshalacje charakterystyczne dla aktywnych wulkanów. Zdążyłem nawet na krótko odwiedzić sąsiednie pole geotermalne Fulipollur. Nasz kierowca trąbił, potem marudził, ale zrozumiał zainteresowanie naszej dwójki tym miejscem. Myśmy niedługo później z kolei zrozumieli dlaczego wyznaczył tak mało czasu na tą atrakcję. Mianowicie w miasteczku rybackim Grindavik, przez które już przejeżdżaliśmy tego dnia, zawiózł nas do kawiarni, zachwalając zupę. Jedyne 50zł za talerz - co jest normalną tutaj ceną. Układ jest prosty. On przywozi turystów, w zamian je i pije za darmo, chyba że jeszcze odpalają mu jakiś procent od sprzedaży na rzecz uczestników wycieczki? Gdybyśmy wiedzieli o tej kawiarni, jeszcze dłużej siedzielibyśmy w Seltun. Cała nasza czwórka poprzestała na kawie po 500 koron (blisko 15zł). Z Grindavik wróciliśmy po Amerykankę do Blue Lagoon oraz zrobiliśmy spacer po okolicy. To teren systemów wulkanicznych Reykjanes-Grindavik-Vogar i Krysuvik-Seltun-Trolladyngja (na półwyspie są jeszcze dwa inne systemy: Brennisteinsfjoll obok Krysuvik i Hengill w rejonie Hveragerdi). Kąpielisko położone jest wśród całkiem młodych law, które wypłynęły z porozrzucanych po okolicy szczelin. Komora magmowa znajdująca się w tej okolicy doprowadziła do budowy kilku elektrowni geotermalnych. Blue Lagoon zawdzięcza istnienie jednej z nich - Svarstengi "Odpady" termalnej wody z elektrowni oraz okoliczne źródła odpowiadają za istnienie kąpieliska. Z kolei odpady z Blue Lagoon stworzyły turkusowe zbiorniki wodne w zagłębieniach pola lawowego. Ale woda w nich jest letnia, to informacja dla tych, co chcieliby zaoszczędzić 40 euro(w sezonie) za wejście na teren laguny. Warto wydać te pieniądze. Blue Lagoon (Błękitna Laguna) jest islandzkim odpowiednikiem egipskich piramid. Wielką atrakcją tego kraju, położoną w bardzo efektownej scenerii - termalna woda wypełnia zagłębienia w lawie. Rok wcześniej się tam taplałem, co można zobaczyć TUTAJ i TUTAJ.

Z Blue Lagoon przez Grindavik dotarliśmy w rejon elektrowni geotermalnej Reykjanes i pola geotermalnego Gunnuhver, które eksplorowałem rok wcześniej (znajduje się tam największy geotermalny krater na Islandii). To  również tereny wulkanu noszącego nazwę tą samą co półwysep i elektrownia. Ta ostatnia, pracuje dzięki parze i wodzie pozyskiwanej z głębokości 2700m o temperaturach 290-320°C. Mijając najstarszą islandzką latarnię morską Reykjanesviti z 1929 roku - zbudowaną na miejscu starszej - zatrzymaliśmy się na wulkanicznym klifie zwanym w tej części - Reykjanesta. Oprócz efektownych klifów (do blisko 80m wys.), law, oferuje atrakcyjne krajobrazowo wulkaniczne skały i skalne wyspy w Atlantyku. Połączenie czarnych law i białych fal wzburzonego oceanu wygląda atrakcyjnie. Na zboczach klifów żyje sporo ptaków. Niedaleko stąd znajduje się Bridge Between Continents z 2002r. (Midlina, Mid-Point, 18m dł., 6m nad dnem kanionu) czyli most między kontynentami, płytą euroazjatycką i północnoamerykańską (odsuwają się od siebie o 2cm rocznie). Mieści się w okolicach Sandvik. Sam most i pęknięcie w tym miejscu nie imponują, ale zważywszy na łatwą dostępność tego miejsca i egzotyczność, cieszą się popularnością. Niewiele osób miało możliwość zobaczyć na własne oczy miejsce styku dwóch płyt kontynentalnych, przy czym zjawisko to można obserwować w wielu różnych miejscach Islandii. Jeżeli sam most z kłódkami miłości - ta moda dotarła nawet tutaj - nie wzbudził mojego entuzjazmu, to okolica jak najbardziej. Warto po niej pochodzić i przyjrzeć się większym i ciekawszym pęknięciom tektonicznym, pokrywie lawowej. Koło mostu przejeżdżałem rok wcześniej z równie przeciętnym entuzjazmem, wtedy nie miałem czasu na spacer po okolicy, teraz owszem.

Odwieźliśmy na lotnisko Amerykankę i wjechaliśmy do Keflaviku, kierowca nam pokazał okolicę, w której się wychował. Zatrzymaliśmy się przy Muzeum Vikingów nad zatoką Faxaflói, stosunkowo młodej inwestycji. Co w środku? W zasadzie nic ciekawego. Największą atrakcją jest zrekonstruowana łódź Vikingów. Nie wiem czy to standard, ale zwiedzanie odbywało się za darmo. Po 15 minutach cała nasza czwórka znudzona czekała na kierowcę, który wdał się w długą, ponad półgodzinną rozmowę z miejscowymi. W Islandii podobnych muzeów jest mnóstwo i powstają kolejne jak grzyby po deszczu. A grzybów - czerwonych kozaków - w lecie na Islandii jest zatrzęsienie i nikt ich nie zbiera. Tak naprawdę, tutaj są lekko pomarańczowe. Owe liczne niewielkie muzea prezentują różne rzeczy, dla przeciętnego turysty najczęściej mało atrakcyjne, za to są płatne. Przy zarobkach islandzkich są to kwoty groszowe, ale płacić za byle co 10 euro, marny pomysł. Muzeom towarzyszy często kafejka i sklepik z pamiątkami.

Nasz kierowca z Muzeum Vikingów zabrał nas w jeszcze jedno miejsce, do Parku Elfów w Hafnarfjordur. Ładny niewielki park pośród lawowych skałek, aczkolwiek szkoda czasu, by specjalnie tu przyjeżdżać. Rozmawialiśmy ze spacerowiczami, okazało się, że wierzą w elfy i mówili żeby nie dotykać skał, bo to domy elfów, a ich dotykanie spowoduje brak szczęście w życiu.

Podsumowując wycieczkę, półwysep Reykjanes to Islandia w pigułce. Znajdziemy tu aktywne wulkany, pola geotermalne i termalne kąpieliska. Pola lawowe oraz jaskinie, międzykontynentalne pęknięcie tektoniczne. Niewysokie góry, klify, skały w oceanie, jeziora, punkty obserwacji ptactwa. Cieszy się dużą popularnością za sprawą dobrej sieci dróg i bliskości Reykjaviku.

Nasz kierowca pełnił dodatkowo funkcję przewodnicką i trzeba przyznać, udzielił wielu ciekawych informacji. Na imię miał Herman, wiek około 60-tki. Zacznę od Vikingów. Otóż nigdy nie używali hełmów z rogami, to wymysł jednego z malarzy, którzy przeniósł się do powszechnej świadomości. Vikingowie porywali najładniejsze kobiety m.in. z Irlandii i Szkocji, następnie sprowadzali na Islandię. Typowa Islandka to blondynka. Niestety mam obiekcje co do słowa "najładniejsze", nie jest z tym najlepiej. Herman powiedział nam, że w promieniu godziny jazdy samochodem od Reykjaviku mieszka 250 000 ludzi, w całej Islandii mieszka niewiele ponad 300 000. W promieniu 25 minut jazdy 200 000. Chociaż encyklopedie podają, że w Reykjaviku mieszka 120 000, on stwierdził, iż w samym Reykjaviku 60 000, a wraz z gminami przylegającymi 120 000, cała aglomeracja to ponad 200 000 ludzi. Tłumaczył, że Islandczyk chce mieć pracę koło domu, dojazd dłuższy niż 20 minut nie wchodzi w rachubę. Szkoda marnować tyle czasu na dojazdy. Warto pamiętać, że na Islandii w 20 minut można zazwyczaj bez przeszkód pokonać około 30 kilometrów. Islandczycy są leniwi i nie lubią się przemęczać - rzekł Herman. Amerykanie zapytali go o emigrantów i dowiedzieli się, że najwięcej jest Polaków, dużo też Tajów, dla których islandzki klimat jest mało przyjazny. Amerykanie z kolei mnie zapytali, czemu emigrujemy? Przecież jesteśmy w Europie i zarabiamy tyle co Niemcy czy Brytyjczycy. Fajnie by było, ale to marzenia ściętej głowy. Gdy powiedziałem, ile wynosi minimalna pensja w Polsce i że większość pracujących zarabia pomiędzy 2 a 3 tysiące złotych, nie uwierzyli mi, stwierdzając: za to się nie da przeżyć w Europie.

Po ośmiu godzinach wróciliśmy do Reykjaviku po przejechaniu jakichś 250km. Poprosiłem o wysadzenie przy terminalu autobusowym Mjódd. Terminal to za duże słowo, po prostu węzeł autobusowy z licznymi niezadaszonymi przystankami. Stąd startują do Hófn czy Akureyri. Miałem szczęście, za 15 minut o 17:30 odjeżdżał autobus nr 51 do Skaftafell (docelowo do Hófn). Raczej zakładałem, że będę poszukiwał miejsca na rozbicie namiotu w zurbanizowanej okolicy, aniżeli załapię się jeszcze na jakiś autobus do Skaftafell. Autobusy komunikacji miejskiej na Islandii są bardzo drogie, za 320km zapłaciłem 8800 koron, czyli 240 złotych. Długodystansowe autobusy, kursujące przede wszystkim w okresie letnim, uruchamiane są zwłaszcza z myślą o turystach. Inaczej musieliby wynająć samochód, tak robi zresztą większość. Autobusy jeżdżą rzadko i w niektóre tylko miejsca. Najlepszym i najtańszym środkiem transportu jest wynajęty samochód. Na Islandii najtańszy to tak naprawdę oznacza drogi, ale samochód dostarcza dużo swobody, a bez niej ciężko zwiedzać Islandię. W niewiele wyższej cenie od mojego biletu można przed sezonem letnim bez uprzedniej rezerwacji i promocji wynająć mały samochód osobowy na dobę. Dojdzie jeszcze paliwo. Ale jakbym policzył bilet powrotny na dzień następny, to auto plus paliwo wyjdzie taniej niż komunikacja publiczna i to dla jednej osoby. Przy dwóch i więcej można dużo zaoszczędzić. Lecz w tym wypadku nie było to dla mnie opłacalne rozwiązanie, bo do Skaftafell wybierałem się na kilka dni z planami górskich wędrówek. Za nie używane auto też trzeba płacić.

Prawie pusty autobus wyruszył punktualnie. Do ich funkcjonowania dopłacają gminy. Pierwszy odcinek biegnie przez Blue Mountains, niewielkie góry koło Reykjaviku, zasobne w termalne wody, stąd pobudowano tam potężne elektrownie geotermalne widoczne ze słynnej drogi nr 1 okrążającej Islandię (Ring Road). Już od 200m n.p.m. przy drodze leżało sporo śniegu, co o tej porze roku nawet na Islandii nie jest codziennością. Przez Hveragerdi dojechałem do Selfoss, gdzie zmieniłem autobus. Prowadził go polski kierowca, Łukasz Po drodze miałem widoki na znane mi miejsca: wyspy Vestmannaeyjar, pustynie Myrdalssandur, Skeidararsandur i wodospad Seljalandsfoss, na krótko zatrzymaliśmy się przy Skógafoss - jednym z ładniejszych islandzkich wodospadów, pod którym spałem rok wcześniej. W Vik nastąpiła kolejna przesiadka do autobusu z innym polskim kierowcą - Andrzejem, a w barze przy stacji benzynowej pracowała Polka. Kupiłem tutaj chleb tostowy(innego brak), którego w Skaftafell się nie uświadczy. Liczebność Polaków nie powinno nikogo dziwić, stanowią 10% populacji Islandii, ponad 30 tysięcy osób, więcej jest tylko Islandczyków. Polacy opanowali wiele różnych miejsc pracy na wyspie. Kierowcy, budowlańcy, pracownicy hut aluminium i elektrowni, pracownicy barów, restauracji, sklepów, marketów, wypożyczalni samochodów, przetwórni ryb oraz portów. I pewnie wielu innych. Jak tak dalej pójdzie skolonizujemy Islandię tak jak kolonizujemy spore fragmenty Wielkiej Brytanii. Dobrze tu płacą, pracuje się w przyjaznych warunkach. Podczas tego wyjazdu wielokrotnie pytałem i Islandczyków i Polaków, jak jesteśmy postrzegani? Otrzymywałem sprzeczne informacje. Jedni twierdzili, że jesteśmy lubiani i szanowani. Inni, że wręcz przeciwnie. Ciężko wyciągnąć średnią z tego. Pojawiały się argumenty o różnicach kulturowych ale też o tym, że zabieramy miejscowym pracę i zaniżamy stawki. Kilku Islandczyków bardzo się wkurzało, że pracujemy wydajniej, a jak to się czasami mówi, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Jeden z miejscowych, który stracił przez Polaków pracę opowiedział mi jak to było. Pracował w firmie budowlanej. Dobry zarobek, praca ciężka, ale bez gonitwy, na luzie. Szef zatrudnił Polaka, który za mniejszą pensję robił trzy razy tyle. Zasuwał jak w wyścigu na olimpiadzie. Zatrudnił kolejnego Polaka, który pracował podobnie. Następnie zwolnił mojego rozmówcę i jego kolegę, też Islandczyka. Ponad pół roku żył dzięki zasiłkom, bardzo wysokim na Islandii, zanim znalazł pracę. Miał żal do Polaków, że nie potrafili przystosować się do kultury pracy w firmie. Pracowało się solidnie, ale spokojnie, w dobrej atmosferze. Szef dobrze zarabiał, oni dobrze zarabiali, z pracy nie wychodzili wyciśnięci fizycznie i psychicznie jak cytryny. Normalna praca, którą zepsuli Polacy. Chcieli się wykazać, gotowi pracować w nadgodzinach, po pracy byli ledwo żywi. W weekend jeśli nie robili nadgodzin, odsypiali, dochodzili do siebie po harówce. I od nowa. To nie jest normalne życie, twierdził mój rozmówca, z którym się w pełni zgadzam. Tak można wytrzymać przez kilka miesięcy, ale  ten tryb funkcjonowania uniemożliwia zwykłe życie, w którym musi być czas na coś więcej niż praca. Dziwił się, czemu my Polacy dobrowolnie zgadzamy się na taki wyzysk i współczesną odmianę niewolnictwa, kiedy można uczciwie pracować, nie przesadzać i dobrze zarabiać? Podobne pretensje zgłaszali też Polacy, którzy często od blisko dziesięciu lat mieszkali na Islandii. Nazywali "polską chorobą" opisane przed chwilą zjawisko. Zamiast dostosować się do funkcjonowania w firmie, chcemy się często nadludzkimi siłami wykazać albo z drugiej strony cwaniakujemy czy pijemy alkohol w pracy. Nic normalnie, z jednej skrajności w drugą popadamy.

Chociaż na Islandii śmiało wystarczy do wielu prac język angielski, Polacy, którzy już mięli znaczy staż w tym kraju, całkiem sprawie posługiwali się bardzo trudnym islandzkim językiem. Szacunek! Nikt z nich nie planował powrotu do Polski. Mówili tak, wróciłbym gdyby było normalnie, ale tego nie dożyję (żaden z moich rozmówców nie przekroczył połowy życia, a część nie miała trzydziestki). Dopóki nie będzie takich zarobków jak na "zachodzie", rozsądnej ilości pracy i szacunku dla pracowników, nie mam po co wracać. A wiem od rodziny, że jest coraz gorzej zamiast coraz lepiej. Standardowe komentarze.

Do Skaftafell zajechałem o 22:30, po drodze mijał nas może jeden samochód na pół godziny. Dzięki Andrzejowi dowiedziałem się, że drugą turę wyborów prezydenckich wygrał Andrzej Duda, pokonując Bronisława Komorowskiego (potwierdziły to później oficjalne wyniki). W pierwszej turze Polacy na Islandii z miażdżącą przewagą zagłosowali na Pawła Kukiza. Twierdzili zgodnie, że w Polsce potrzebna jest rewolucja, bo inaczej nic się nie zmieni. Gdy pytam Polaków: dlaczego wyemigrowałeś/aś, bardzo często słyszę to samo hasło, gdziekolwiek jestem na świecie: "bo Tusk nas wych...ł". Słysząc je, łatwo zauważyć, że większość wyemigrowała w ostatnich mniej więcej 10-ciu latach. Gdy dopytuję, co mają na myśli, pada tyle argumentów, że można by książkę napisać. Najkrócej można ująć je tak: zła sytuacja ekonomiczna, bardzo niskie zarobki, zła atmosfera w pracy, brak perspektyw i brak stabilności oraz koszmarna biurokracja i brak przyjazności państwa względem ludzi, zmusiły ich do emigracji.

W Skaftafell nie ma praktycznie nic. Prymitywne pole namiotowe na którym się rozbiłem, toalety, dwie budki firm górskich, visitor centre z mini wystawą wulkaniczno-geologiczno-przyrodniczą, z mini sklepikiem z pamiątkami i kawiarnią, w remoncie. To ostatnie nie dziwiło, miejscowi nadal skupiają się na lipcu i sierpniu, kluczowych miesiącach dla islandzkiej turystyki. Dlatego na przełomie maja i czerwca jeszcze sporo turystycznych obiektów remontowano. Nie zauważyli jeszcze, że sezon się wydłużył i większa liczba turystów jest od połowy maja, nawet do końca września. Dzięki liczniejszym i tańszym lotom niż kiedyś oraz z uwagi na niższe ceny poza głównym sezonem.

Kładłem się około północy, w zupełnej jasności. Na pogodę drugiego dnia na Islandii nie miałem prawa narzekać. Około 6-7 stopni Celsjusza, do południa słońce i chmury na przemian, później zdecydowana przewaga chmur, chwilami kropił deszcz. Na wybrzeżu umiarkowany wiatr. Dobra widoczność. Jak na Islandię - super.  W nocy minimalne temperatury wyniosły 3°C w namiocie i 1°C na zewnątrz.

  • Na zdjęciach:
  • 1-4) Perlan i widok z tarasu widokowego na Reykjavik w tym modernistyczny kościół Hallgrimskirkja,
  • 5-8) Reykjavik, kąpielisko termalne Ylstrondin Nauthólsvik  i wzgórze Oskjuhlid,
  • 9-14) okolice Błękitnej Laguny (Blue Lagoon) z polami lawowymi, odrzutami wody z elektrowni Svartsengi i laguny oraz termalne kąpielisko (spa) Blue Lagoon,
  • 15) port w Grindavik,
  • 16-22) geotermalne tereny Seltun - Krysuvik - Fulipollur,
  • 23-25) klify, skały i lawy - Reykjanesta,
  • 26-30) Bridge Between Continents i okolice,
  • 31-32) wodospad Skógafoss,
  • 33) Muzeum Vikingów w Keflaviku i blond Islandka.


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search