Blog

Blog

Skaftafell i wodospad Svartifoss (Vatnajokull National Park, Islandia)

Okolice Skaftafell, ptak na zdjęciu to prawdopodobnie siewka złota.
Dzień 3, 25 maj. Skaftafell to dobrze znane mi miejsce. Plan zdobycia Hvannadalshnúkur - najwyższej góry Islandii ponownie mnie tutaj przywiódł. Poranek witał pogodą jakiej nie zaznałem przez trzy tygodnie w sierpniu 2014. Słońce, prawie bezwietrznie, ciepło. Chmur niewiele. To naprawdę Islandia? W krótkim rękawku po ósmej udałem się do biura Icelandic Mountain Guides zakomunikować swoją obecność i potwierdzić wieczorne spotkanie przed wyjściem w góry. Nie miałem szczególnych planów na ten dzień. Może jakiś spacer do wodospadu Svartifoss (Black Fall)? Póki co, cieszyłem się fantastyczną pogodą. W nocy prawie zero stopni Celsjusza, a teraz jak w lecie, a w namiocie jak w saunie. Przyzwyczajony do ciepłych ubiorów na Islandii mogłem je zrzucić.

Przed wycieczką, czekało mnie zadanie specjalne, odnalezienie zakopanego rok wcześniej kartusza z gazem. Bez niego nie miałem szans zagrzać czegokolwiek. Miałem zapisane współrzędne GPS i zdjęcia miejsca, gdzie pod warstwą mchu ukryłem 440-gramowy kartusz. Kosztował trochę ponad 50zł, dużo drożej niż w Europie kontynentalnej. Gdy go zakopywałem, krzaki pokrywały bujne liście. Teraz dopiero puszczały pąki. Pewnie dziwnie wyglądało jak się w nich krzątałem. Niestety gazu nie znalazłem w ukrytym miejscu. Dla pewności przekopałem spory obszar, poświęciłem dwie godziny. Co się z nim stało? Według najbardziej prawdopodobnej teorii, po sezonie sprzątano pole namiotowe, w tym okoliczne krzaki i ktoś się natknął na kartusz. Nie zakopałem go głęboko, zostawiłem kartkę, by nie ruszać gazu, bo po niego wrócę. Ale skoro do jesieni nie wróciłem, nikomu nie przyszło do głowy, że gaz ma czekać na mnie przez blisko rok. Druga możliwość. Ktoś znalazł się w krzakach i przez przypadek natknął na kartusz. Trudno. Miałem chleb, kabanosy, suchą krakowską, pasztety, konserwy, wodę w kranie. Z głodu nie umrę. Tylko Skaftafell miało być głównym miejscem, gdzie będę używał palnika. Spodziewałem się kilkudniowego pobytu. Chciałem się pozbyć produktów w proszku.

Na tutejszych polach namiotowych, w hostelach, często można znaleźć kartusze z gazem zostawione przez osoby, którym nie są już potrzebne. Nierzadko jest w nich resztówka gazu, ale zdarza się, że jedna trzecia czy nawet połowa. Nie trzeba wtedy kupować. Ale Skaftafell to specyficzne miejsce, tutaj więcej osób ma problem z brakiem gazu niż go zostawia. W połowie mojego pobytu koło śmietnika ktoś zostawił trzy nienaruszone kartusze z gazem. Niestety nabijane. Mój palnik takich nie obsługuje, a adapter zostawiłem w domu, jak wszystko waży i zajmuje miejsce. Pewnie ktoś gdzieś kupił kartusze, nie zdając sobie sprawy, że są różne rodzaje i że jego palnik nie obsługuje tego typu. Nie chciało mu się zwrócić albo sklep znajdował się daleko stąd.

Po dwunastej pogoda zaczęła sie psuć, dlatego wybrałem się w góry. Na opak zrobiłem? Powinienem wyruszyć gdy świeciło słońce? Pewnie tak, ale co tam. Niebo zawalone gęstymi chmurami, zaraz zrobiło się bardzo chłodno, wzmógł się wiatr. Czas w drogę. Ta zmiana pogody około południa jest charakterystyczna dla okolic Skaftafell. Pierwszy przystanek, wodospad Svartifoss. Islandczycy mają szajbę zabudowywania górskich ścieżek. Świetnie ją widać w tej okolicy. Ścieżki zabudowuje się drewnianymi kłodami, buduje się drewniane schody, jako podkład daje się metalowe albo coraz częściej okropne plastikowe maty z otworami. Sypie się na to żwir, ugniata nierzadko maszynowo. I jest pięknie. Nie bardzo. Plastik i sztucznie wysypany żwir  w górach - absolutna pomyłka. Ale tak to jest, gdy ma się za dużo pieniędzy i szuka się coraz idiotyczniejszych sposobów, aby je zmarnować.

Po co to robią? Bo tutejszy klimat i niesympatyczna pogoda napsuła im coś w mózgach. Z czym oczywiście by się nie zgodzili. Mają zupełnie inne wytłumaczenie. Chcą zrobić dobrze turystom i jest to ochrona środowiska. Jak ktoś wierzy w jakąś bzdurę, zawsze znajdzie tysiąc "poważnych" argumentów, na potwierdzenie swoich tez. Te wszystkie kłody, które montują na ścieżkach w imię ochrony środowiska w całości sprowadzane są z innych, odległych krajów, gdzie trzeba było ściąć drzewa. Przy ich wycinaniu, transporcie i kładzeniu zużywa się sporo paliwa oraz metalowych gwoździ i wkrętów. Produkcja metalowych czy plastikowych mat nie ma nic wspólnego z ochroną środowiska, tak samo jak zwożenie żwiru z jakiegoś kamieniołomu, dodatkowo psującego krajobraz. Koparki, które stały w Skaftafell, nie jeżdżą na wodę morską, a przy budowaniu ścieżek nieźle zorały i zniszczyły całą okolicę. Szybko nie odrośnie. Niszczenie przyrody w imię jej ochrony - ciekawa doktryna. Wspomniałem o dwóch argumentach takich działań. Turyści lubią wygodę, dlatego by wygodnie im się chodziło, by zminimalizować ryzyko skręcenia kostki, by nie ubrudzili butów albo nogawek, buduje się takie ustrojstwa. Rzeczywiście, na Islandii błoto po kostki nie jest niczym dziwnym. Z tym dbaniem o środowisko mają takie wytłumaczenie. Budując takie wielokilometrowe sztuczne ścieżki sprawiają, że turyści się ich trzymają, zamiast coraz bardziej je poszerzać, niszcząc mchy, trawy i porosty. Niby brzmi logicznie, ale tylko brzmi. Ten sam efekt można osiągnąć w dużo prostszy sposób. Wbijając tyczki ograniczające i co jakiś czas tabliczkę, by nie wychodzić poza ścieżkę. Turyści potrafią czytać. Jeśli to za mało, można do tyczek przyczepić jakiś sznur po obu stronach ścieżki. Efekt będzie taki sam co kłody, plastiki i metal a wysiłek i straty dla środowiska wielokrotnie mniejsze. Ponadto akurat w Skaftafell w niższych partiach są krzaki, nikt nie wyjdzie poza ścieżkę, zaś wyżej, w praktyce lepsza jest błotnista trasa, niż bardzo podmokłe mchy po jej bokach, jeszcze wyżej są kamienie. Co nie zmienia faktu, że gdyby nic nie robić, środowisko naturalne nie odniosłoby szkód, ludzie trzymaliby się ścieżki, a błoto i kamienie na niej, znaczną część turystów zniechęciłyby do wędrówki, z korzyścią dla środowiska. Czym mniej ludzi tym lepiej. Istnieje jeszcze jeden argument, wytrzymałość tych sztucznych tworów jest niewielka. Liczne ludzkie buty plus trudny klimat, z częstymi opadami, niszczą je. Spora część drewnianych kłód zamontowana w 2014 roku, rozleciała się, nie nadawały się do użytku i wtedy ludzie porobili nowe ścieżki obok nich. Stało się to, czemu miały te kłody przeciwdziałać. Deszcze, roztopy i ludzkie buty poniszczyły także nowo położone metalowe i plastikowe maty. w najlepszym wypadku zniknął wrzucony na nie żwir i brzydko to wyglądało, a w najgorszym, deszcze je zmyły ze ścieżki, niszcząc okoliczną przyrodę. Islandczykom w tym temacie zabrakło wyobraźni i w wielu miejscach prowadzą podobne działania.

Nie spodziewałem się pod koniec maja podobnej liczby turystów jak rok wcześniej w sierpniu. Ale z trudem dopchałem się pod Svartifoss - jeden z najsłynniejszych islandzkich wodospadów. Wygląda dużo efektowniej na zdjęciach niż w rzeczywistości. Naprawdę jest niewielki i niewysoki (15m), ale bazaltowe "organy" wokół są efektowne. Do punktu widokowego Sjónarnipa (trochę ponad 300m n.p.m.) spotkałem jedynie kilka osób. Praktycznie wszyscy poprzestali na Svartifoss. Przy dobrej pogodzie świetnie widać stąd najwyższa górę Islandii Hvannadalshnukur oraz piękny lodowiec Skaftafellsjokull, część Vatnajokull. Z powodu chmur i drobnego opadu deszczu tylko lodowiec był przyzwoicie widoczny. Powyżej tego miejsca szlak został zamknięty. Informowano o tym na tablicy przy vistor centre, tłumacząc śniegiem na trasie, robiąc z czarnej taśmy przekreślenia na dużej mapie koło budynku, a w miejscu gdzie się znalazłem, ścieżkę zagrodzono sznurkiem. Zabranianie, zakazywanie i ograniczenie, to kolejna pasja Islandczyków, czemu poświęcę więcej tekstu przy innej okazji. Taka jest tendencja, że czym bogatszy kraj, tym więcej regulacji i ograniczeń. Wszystko z myślą o bezpieczeństwie turystów i ochronie środowiska, co często ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Bardzo mnie ubawił argument, że szlak jest zamknięty z powodu warunków zimowych na nim panujących. Gdyby to się działo na Bahamach, zrozumiałbym. Ale na Islandii? W kraju, gdzie zima trwa przez większość roku, gdzie pełno lodowców, a śnieg potrafi padać nawet w lipcu i sierpniu. Jakaś bzdura. Przecież to normalne, że na Islandii na ścieżce może być śnieg. Ruszyłem do góry. Trasa ta nazywa się Skaftafellsheidi loop(pętla) i liczy 15,5km, a z odbiciem do Svartifoss z dwa kilometry więcej. Od niej, w górnej partii, jest odbicie na bardzo stary wulkan Kristinartindar, na którym byłem rok wcześniej. Tylko ja i góry - cudowne uczucie. Pod nogami błotniście, ale jeszcze nie śnieżnie. W żlebach śnieg pojawiał się od około 300m n.p.m., na ścieżce pierwszy raz na 400 metrach z groszami. Aż w końcu ją zdominował. Po śniegu szło się dużo lepiej niż po kostki w błocie. Dawno tędy nikt nie szedł, ale jakieś bardzo stare ślady miejscami widziałem. Zbliżałem się do granicy chmur, po prawej mając piękny widok na Skaftafellsjokull. Dotarłem do miejsca o nazwie Glama (ok. 730m n.p.m., zaczynałem z ok. 100m, a maksymalnie osiągnąłem ok. 800m). Wokół panowała totalna zima. Stąd odbija 2-kilometrowa ścieżka na Kristinartindar 1126m, miejscami stroma i śliska, gdy morko, w górnych partiach skalista. Bez sprzętu wspinaczkowego i asekuracji, trudno byłoby wejść na górę w tych warunkach. Wchodząc rok wcześniej na szczyt, ominąłem fragment pętli prowadzącej wokół masywu tego wulkanu. Miałem okazję to nadrobić. Ruszyłem w chmurach przy drobnym opadzie śniegu z deszczem (temp. +2°C). Tyczki znajdowały się pod śniegiem, napadało sporo świeżego. Szedłem na wyczucie, ale tutaj nie można się zgubić. Piszę to ze swojego punktu widzenia, człowieka łażącego po górach od zawsze. Przetrawersowałem zbocze i doszedłem do Gemludalur, gdzie dobiega ścieżka z Kristinartindar. Której widać nie było. Wszystko zasypane śniegiem, żadnych śladów. Wspaniałe uczucie. Mimo niewielkich wysokości, klimat potężnych gór, poniżej piękne lodowce. Torowanie własne ścieżki w śniegu. Ekstra. Przez zaspy śnieżne przedostałem się na drugi skraj masywu z widokiem... w tamtej chwili żadnym. Przy dobrej pogodzie widać nie tylko Kristinartindar ale też lodowiec Morsarjokull i dolinę Morsardalur. Schodząc w dół widoczność się poprawiała a w scenerii dominowały: przepiękny lodowiec Skeidararjokull (część Vatnajokull) i pustynia wulkaniczna Skeidararsandur. Żywej duszy poza mną, jedynie piękna mroczna przyroda.

Skeidararjokull o powierzchni 1380km kwadratowych, stanowi część największego islandzkiego lodowca - Vatnajokull. Jest wspaniałym przykładem lodowca piedmontowego, który rozlewa się szeroko na spłaszczeniu przed masywem górskim, schodząc do wysokości około 100m n.p.m. Zaś Vatnajokull jako całość, to przykład czapy lodowej. Używa się też czasami pojęcia - lodowiec fieldowy, aczkolwiek ten termin zarezerwowany jest dla lodowców podobnego typu, lecz mniejszych, jak Jostedal w Norwegii. Skeidararsandur to około 1000-1300km kwadratowych piasków wulkanicznych przed czołem lodowca Skeidararjokull. Pustynia wulkaniczna. Potężna. 20 na 30 kilometrów, ale przy Atlantyku zajmuje 40km linii brzegowej. Przebiega przez nią droga nr 1. W dużej mierze powstała w wyniku jokulhlaups, czyli powodzi wulkanicznych. W wyniku erupcji wulkanów albo wzrostu temperatur w rejonach geotermalnych, znajdujących się pod Vatnajokull, dochodziło do gwałtownego stopienia wielkich mas lodu. Woda zmieszana z materiałami piroklastycznymi niszczyła wszystko na swojej drodze. Tak powstała mroczna i czarna pustynia Skeidararsandur oraz sporo innych na Islandii. Pojęcie jokulhlaup w międzynarodowym znaczeniu dotyczy wszelkich powodzi subglacjalnych i proglacjalnych. Nie tylko związanych z wulkanizmem. Na przykład, jeżeli podlodowcowe jezioro znajdzie ujście albo jezioro przed czołem lodowca i dojdzie do powodzi, będzie to również jokulhlaup.

Wracając do wycieczki, nie planowałem robić tak długiej trasy, ale jakoś tak wyszło, że zrobiłem. Dziewiczą przyrodę w pewnym momencie zepsuły drewniane kłody ułożone na ścieżce W dolnej partii dotarłem do kolejnego zagrodzenia trasy - od drugiej strony (punkt widokowy Sjónarsker). Czy są jakieś konsekwencje, za niezastosowanie się do takiego zakazu? Nie wydaje mi się. Mam nadzieję, że jego idea miała na celu odstraszyć turystów bez kondycji i bez doświadczenia górskiego, dla których wędrówka po śniegu, często w warunkach bardzo ograniczonej widoczności, mogłaby być niebezpieczna. Dla każdego doświadczonego łazika górskiego trasa ta, nie stanowiła najmniejszego problemu. Wędrówka sprawiła mi mnóstwo radości, do spotkania o 20:00 w sprawie najwyższej islandzkiej góry Hvannadalshnukur zostało niewiele czasu. Koło jednego z koszy na śmieci w Skaftafell, ktoś zostawił kartusz z gazem, takim jaki potrzebowałem. Prawie pusty, ale lepsze to niż nic. Starczyło na jeden kisiel, jedną zupkę i kilka herbat.

Obecność na polu namiotowym w Skaftafell nie budziła u mnie zachwytu. Z wszystkich pól namiotowych które odwiedziłem na Islandii, to ma najgorszy stosunek ceny do jakości. Badziewne i drogie. Kosztowało 10 euro (1500koron) za kawałek trawy. Kuchni brak, dostęp do prysznica czy pralki płatny, toalety bezpłatne dla wszystkich odwiedzających to miejsce. De facto toalety utrzymują mieszkańcy pola namiotowego. Poza parkingiem i dwoma budkami agencji turystycznych jest tutaj tzw. visitor centre zawiadujące polem, czynne jedynie od 9 do 19 (z dostępem do wifi). Nie ma w nim żadnego sklepu, można kupić kilka pamiątek, nawet mapa okolicy jest płatna, gdy w innych częściach Islandii przyzwoite mapy można dostać za darmo. Kawiarnia była w remoncie, automat do kawy w visitor centre zepsuty, trzecia opcja to przyczepa, gdzie można zakupić kawę i hot-doga. Najbliższa stacja benzynowa z mini sklepikiem oddalona o pięć kilometrów. Bezpłatna drewniana budka-suszarnia nie nadawała się do użytku. Nikt jej nie sprzątał przynajmniej od roku. Walały się majtki, staniki, skarpetki, inne ubrania, papiery. Jedyne do czego przykładali się pracownicy, to chodzenie rano i wieczorem pomiędzy namiotami i zbieranie haraczu, bo nie nazwę tego opłatą. W tym byli konsekwentni do bólu, nawet  rano łazili, by czasem nikt im nie uciekł bez płacenia, skoro visitor centre jeszcze zamknięte. Gdy w namiocie nie zastano nikogo na odciągach przyklejano czerwoną naklejkę z datą ostatniej nocy, po  zapłaceniu otrzymywało się niebieską naklejkę. Jeżeli nie trzeba, nie ma sensu marnować pieniędzy na nocleg w Skaftafell, pomiędzy Vik a Hofn jest kilka innych pół namiotowych, każde będzie lepsze, zazwyczaj też tańsze. Podczas płacenia za pierwszy nocleg zapytałem, czemu każą sobie płacić tak dużo za nic? Nie ma nawet kuchni, a 1500 koron jest jedną z najwyższych cen tego typu miejsc na Islandii. Dziewczyna odpowiedziała, że pole przewidziane jest na 1000 osób i nie ma sensu budować żadnej kuchni. To co ma zrobić osoba, która nie ma gazu do palnika? Może mają na stacji benzynowej 5-6 kilometrów stąd? A jak ktoś nie ma też palnika, to jak ma sobie zrobić herbatę, zupę w proszku czy ugotować ryż? Cisza. Właśnie. W tak odludnym miejscu jak Skaftafell powinien być bezapelacyjnie dostęp do gazu dla mieszkańców pola namiotowego zwłaszcza przy tak wygórowanej cenie.

Argumentacja dziewczyny była oczywiście idiotyczna. Rok wcześniej w szczytowej fazie sezonu pole namiotowe było zapełnione może w 15% wliczając w to campery. Tym razem namiotów było z dziesięć wliczając mój plus 3 campery. Maksymalnie 5% obłożenia. Chociaż turystów przyjeżdżających na kilka godzin było tyle co w lecie. Nie wierzę, by kiedykolwiek pole namiotowe w Skaftafell zapełniło się całkowicie a nawet w dużej części. Zresztą to żaden argument. Są pola namiotowe na tysiące osób i mają kuchnie. Zasada jest prosta w takich miejscach, będziesz wcześnie rano/w środku dnia/późno w nocy - dopchasz się do gazu i stolika, w pozostałym czasie musisz czekać albo odpuścić. Ale masz wybór. Zakup kartusza z gazem, zakładając, że będzie do kupienia gdzieś w okolicy i to taki rodzaj jaki potrzebuje nasz palnik - jeżeli go mamy - to również słaby pomysł, gdy potrzebny nam gaz na jedną czy dwie noce, a niewielki kartusz kosztuje 15-25 euro.

Gdyby komuś przyszedł pomysł rozbicia się poza polem musi wiedzieć, iż Skaftafell to część parku narodowego z zakazem biwakowania w innych miejscach, niż do tego wyznaczone.

  • Na zdjęciach - pochodzą z 25 maja 2015 i 5 sierpnia 2014, te drugie są oznaczone:
  • 1-2) Hvannadalshnukur 2119m - najwyższa góra Islandii widziana ze Skaftafell,
  • 3-8) pole namiotowe w Skaftafell czyli płać za nic, na jednym ze zdjęć brudna suszarnia,
  • 9-12) zabudowywanie ścieżek w rejonie Skaftafell, na jednym zdjęciu wolontariusze w pracy,
  • 13-17) wodospad Svartifoss, dla kontrastu wiosna 2014 i lato 2015,
  • 18-32) trasa Skaftafellsheidi loop i widoki na lodowiec Skaftafellsjokull,
  • 33-37) masyw starego wulkanu Kristinartindar 1126m,
  • 38-47) druga część Skaftafellsheidi loop i widok na lodowiec Skeidararjokull.


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search