Blog

Blog

Wulkany Wyspy Wielkanocnej (Rapa Nui) i kamienne posągi MOAI

Wulkan Rano Kau, Wyspa Wielkanocna, Polinezja.
Po przyjeździe z Pucon do Santiago, miałem dobę na przeorganizowanie się na lot na Wyspę Wielkanocną. Wpierw w metrze spotkało mnie to, co w Ameryce Łacińskiej spotyka mnie regularnie. Mimo rozbudowanych systemów, metro w godzinach szczytu nie wyrabia. Przejechało ileś składów, maksymalnie zapchanych, w końcu podstawiono pusty, który dwa przystanki dalej znów nie przyjmował nowych pasażerów.

Przepakowałem plecak, zostawiając większość rzeczy w Santiago, zrobiłem zakupy spożywcze, bo na Wyspie Wielkanocnej wszystko jest dwa i więcej razy droższe niż na kontynencie. Zresztą produkty spożywcze w Chile są i tak droższe niż w Polsce.

26 listopada stawiłem się na lotnisku w Santiago, by po pięciu godzinach lotu Lanem, dostać się do celu. Dreamliner wypełniony był całkowicie, w dużej mierze jakąś katolicką chilijską kolonią. Na wyspę miałem tydzień. Trochę za dużo, ale takie daty miał promocyjny bilet lotniczy i jest to miejsce z kategorii, gdzie zazwyczaj bywa się raz w życiu. Na chwilę z Ameryki Południowej przeniosłem się do Oceanii (ok. 3600km od kontynentu).

Polinezyjska Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui, Isla de Pascua) należy do Chile, z czego część mieszkańców nie jest zadowolona, domagając się niepodległości. Według mnie warto mieć silnego protektora, niepodległa Rapa Nui, nie poradzi sobie samodzielnie. Gdyby nie 887 posągów moai, żaden turysta nie przyjechałby tutaj. Wulkaniczna wyspa, skalne urwiska, pustkowia, to nie jest miejsce na wakacje. A jeden Gawlik podróżnik, miłośnik wulkanów, wyspie by nie pomógł. Większość posągów moai w obecnych czasach jest przewrócona, połamana, zapewne przez wiatry i erozję postumentów, na których je postawiono. Zazwyczaj są niewielkie, do 5m wys, lecz największy, niedokończony miał mieć 21m wys. i ok. 270 ton wagi. Nie wiadomo czy dotąd odnaleziono wszystkie, czy jakieś nie spoczywają w morzu? Zbudowano je pomiędzy 1250-1500 r. n.e. i nagle porzucono budowanie. Powstały głównie w kamieniołomie Rano Raraku, z tufów wulkanicznych przeważnie. Część miała na głowie polinezyjskie koki z czerwonego tufu - pukao. Po odrestaurowaniu możemy oglądać stojące pionowo posągi, ale tych miejsc jest niewiele. Jeszcze mniej jest takich, że obok siebie stoi kilka posągów moai. Tuf wulkaniczny jest stosunkowo lekką skałą, dzięki pęcherzykom powietrza, nietrudnym w obróbce. Zresztą do rzeźbienia używano innej wulkanicznej skały, dużo twardszej, bazaltu. Dlaczego postawiono te posągi? Nie wiadomo. Może ich budowa związana była z miejscowymi wierzeniami, z przodkami albo miały odstraszać obcych? A może z nudów? Co można robić na takiej małej samotnej wyspie, gdy ryby na posiłki złowione, atrakcji brak? Może ten sam powód dotyczy kamiennej osady Orongo na zboczach wulkanu Rano Kau. Co roku organizowano zawody, kto pierwszy zdobędzie jajo rybitwy manu tara. Wybrańcy do tych zawodów, ponoć tygodniami czekali w Orongo na ten moment.

Dobrze, jestem na jednej z najbardziej oddalonych zamieszkałych wysp na świecie. Oddalonych od stałych lądów i innych zamieszkałych wysp. Ale czuję się jak na polskiej wsi. Rano budzą mnie koguty i zapachy krów, których tutaj pełno, jak i koni. Rośnie sobie kukurydza. Gdyby nie palmy miejscami i drzewa bananowców, byłbym przekonany, że to polska wioska na wybrzeżu. Jeszcze klimat gorący i wilgotny zaprzecza, że to Polska, bo silne wiatry są i u nas.

Podczas moich wędrówek po wyspie, kilkadziesiąt razy natknąłem się na posągi moai. Te stojące, nawet wyglądają ciekawie, ale szału na mnie nie zrobiły. Na pewno bym tu nie przyleciał dla nich. Zresztą jednego widziałem kiedyś choćby w muzeum w La Serenie. Oczywiście mam świadomość, że mój powód przybycia - wulkany - dla przeciętnego człowieka jest dużo głupszy, niż przyjazd dla posągów moai wpisanych na listę UNESCO. Ale nawet turyści większość miejsc, gdzie stoją moaie w kawałkach, omijają. Notabene prawie wszyscy tutaj wynajmują samochody, pieszy czy rowerzysta to rzadkość. Listopad to nie sezon, więc jeszcze spokojnie, nie ma tłumów, które przywozi dwukrotnie w ciągu dnia linia Lan. Z turystów dużo tutaj emerytów niemieckich, francuskich, brytyjskich, z USA, Australii i Nowej Zelandii. Ciekaw jestem, kiedy Polscy emeryci będą na urlop latać sobie na Wyspę Wielkanocną? Wśród młodszych, również dominują te nacje. Spotkałem jednak dwie Polski z Warszawy, grupkę z Czech, kilku Japończyków i jednego Belga.

Moją bazą wypadową był camping Mihinoa (mając własny namiot płaciłem 6500pesos za nocleg). Wyspę zwiedzałem pieszo i na rowerze, robiąc przez tydzień ponad 250km. Jedyną miejscowością jest tutaj Hanga Roa, nie ma transportu publicznego. Drogi są dosyć dobre. Podczas mojego pobytu zawsze było dużo chmur, słońce czasami też, jak i ulewy. W każdą noc, w dzień czasami też. Do tego praktycznie codziennie bardzo silny wiatr. Mimo to, bardzo wilgotno. Wszedłem sobie na trzy główne wulkany, wygasłe, tarczowe, Rano Kau (ok. 324m), Terevaka (ok. 510m) i Poike (ok. 365m). Rano Kau jest najbliżej Hanga Roa, posiada piękny owalny i głęboki krater, wypełniony wodą i roślinnością wodną. To w zasadzie pół wulkanu. Krater jest nad samym skrajem oceanu, częściowo jego zbocza już zapadły się do wody. Tutaj znajduje się osada Orongo, można do niej dojechać asfaltem albo dojść ścieżką. W masywie jest też kilka innych niewielkich kraterów. Terevaka zajmuje większość wyspy, jej centralną część. Na górę ruszyłem przez pastwiska od posągów moai - Akivi, w towarzystwie lokalnego psa. Towarzyszył mi całą drogę, podzieliłem się z nim jedzeniem. W rejonie wierzchołka jest kilka wzniesień o podobnej wysokości i trzy niewielkie porośnięte trawą kratery. Strasznie wiało, było chłodno, chmury chwilami zakrywały partie szczytowe. Na drugim końcu wyspy położony jest wulkan Poike, gdzie przez pastwiska i do połowy prowadząc rower, dotarłem na szczyt. A tam niewielki krater porośnięty mini lasem. To charakterystyczne tutaj. Tam gdzie mogą wykiełkować rośliny, czyli w zagłębieniach, a ludzie robią murki z lawy, tam coś jest wstanie urosnąć (chociaż kiedyś wyspę porastał las, zostały resztki). Kratery nadają się do tego świetnie.

W moich włóczęgach nie zabrakło krateru Rano Raraku, w którym niewielkie jezioro, a na zboczach pełno niedokończonych posągów moai. Tutaj je rzeźbiono. Wszedłem sobie na wulkan Tuutapu, ok. 280m wys. Jego krater porasta mini las, a w sąsiednim wulkanicznym wzgórzu z czerwonego tufu robiono pukao - czyli nakrycia głów dla posągów. Nie zabrakło licznych odkrywek lawowych, klifów, a nawet jaskiń jak Ana Te Pahu, w której mieszkali i hodowali rośliny Polinezyjczycy z czasów powstawania posągów moai. Oprócz tego zobaczyłem kilka miejsc z petroglifami, rowerem zjeździłem prawie wszystkie tutejsze drogi, bo chodziłem głównie na przełaj. Wykąpałem sie w oceanie, na niewielkiej plaży Anakena (jedynej tutaj, obok Playa de Ovahe). Jest daleko od Hanga Roa, sztucznie zrobiona, jest obok mini las palm kokosowych oraz kilka prawdziwych moaiów. Woda miała mniej niż 20 stopni Celsjusza, a ja niewiele czasu, więc kąpiel trwała 10 minut. Nikt poza mną się nie kąpał, może przez parzące meduzy.

Pobyt na Easter Island uważam za bardzo udany. Odwiedziłem sporo miejsc wulkanicznych, ale jest ich tutaj ponad sto. Mam sporo fajnej lawy, w tym kawałki obsydianu. I nawet sobie kupiłem małego patafiana z tufu wulkanicznego. Patafiana? Właśnie tak, to moja robocza nazwa moaiów. Planując dzień, spoglądałem na mapę i przygotowywałem trasę. Dojdę do tego patafiana, koło tamtych skręcę w prawo i pójdę do góry, i tak dalej. Nie wiem dlaczego, ale nazwa patafiany bardzo przypadła mi do gustu, dużo bardziej niż słowo moai.

Codziennie od rana do wieczora byłem w trasie, zmrok zapadał o 21:30. Nie zawsze zdążyłem dotrzeć do namiotu za dnia. A jak dzień przed wylotem postanowiłem sobie odpocząć, wyglądało to tak. Wytrzymałem do południa, a potem poszedłem sobie jeszcze raz spenetrować wulkan Rano Kau. Do miasteczka zszedłem o 20:00. Kto mnie nauczy odpoczywać, nic nie robić? Próbuję, ale nie potrafię.

Nazwa Wyspa Wielkanocna (Isla de Pascua) jest autorstwa pierwszego europejskiego przybysza - holenderskiego odkrywcy Jacoba Roggeveena. Dotarł tutaj 5 kwietnia 1722 roku - w Niedzielę Wielkanocną - stąd nazwa - choć nie tej wyspy szukał tylko Ziemi Davisa.

Porcja spostrzeżeń i informacji praktycznych.

Duża część wyspy jest parkiem narodowym, do którego bilet kosztuje 30000pesos, a gdy płaci się dolarami, 60. Dolar to 700pesos z groszami. Jak widać, warto mieć peso, dolarów się nie opłaca. Gdy pamiątka w peso kosztuje 25000, czyli 26dolarów, płacąc amerykańską walutą, wydamy 36 dolarów. Na wyspie ciężko wymienić dolary po dobrym kursie, nawet widziałem po 550pesos za dolara, ale ponoć na jedynej tutaj stacji benzynowej niedaleko lotniska, kurs był zbliżony do 700. Bilet do parku najwygodniej kupić od razu na lotnisku, bo później pozostaje biuro Conafu, zdaje się czynne 9-15 (niedaleko lotniska). Nie kupimy biletu ani w Orongo ani w Rano Raraku, gdzie są sprawdzane. Teoretycznie jest budka strażników przy plaży Anakena, ale poza wspomnianymi dwoma miejscami, nikt nigdzie biletów nie sprawdzał. Bilet, kawałek papieru, ważny jest 5 dni.

Grodzenie. To pasja miejscowego Conafu. Trzeba pokazać, że jesteśmy potrzebni. Dlatego ogrodzenia pojawiają się w znacznej odległości od moaiów. Jeśli ktoś jest krótkowidzem, niewiele zobaczy, jeśli ktoś nie ma dobrego zooma w aparacie, fajnego zdjęcia nie zrobi. Nawet jakby założyć, że taki moai może się przewrócić, to i tak grodzenie można by w niektórych przypadkach zmniejszyć kilkukrotnie. Oczywiście żadnego kawałka moaia nie można dotknąć, ani jednego z blisko tysiąca. Wewnątrz krateru Rano Raraku, podobnie jak na zewnątrz, są niedokończone moaie. Jednak od wewnętrznej strony udostępniono tylko miejsce, gdzie można spojrzeć na krater. I nic więcej. Nie można obejść jeziora, nie można podejść do oddalonych o 200-300m moaiów. Gdy w sporej międzynarodowej grupce wkurzaliśmy się tym faktem, stwierdziliśmy, z absurdami trzeba walczyć. I poszliśmy do moaiów. Pokonać kilkanaście tysięcy kilometrów, by się ciągle odbijać od tablic, sznurków, płotów i innych zakazów - niepoważne. Nie było w okolicy żadnego strażnika i spokojnie osiągnęliśmy cel. Po czym przyleciało dwóch z krzykiem, który zamienił się w ciszę i szok. Bo zostali przez nas zignorowani. Moaiom nic się nie działo, trawie pod naszymi nogami też. Oglądaliśmy posągi, robiliśmy zdjęcia, a mundurowi stanęli otępiali. Jeden, który mówił po angielsku, próbował nam wyjaśnić, że tu nie można być, a my mu, że to jakaś wielka bzdura i nic nas to nie obchodzi. Na co strażnik, że on nas rozumie, ale to decyzja dyrekcji parku, on za nią nie odpowiada. Bardzo mi się podobała ta zbiorowa postawa, nawet zazwyczaj grzeczni Niemcy, opieprzali strażników aż miło. Obywatelskie nieposłuszeństwo czasami jest niezbędne by walczyć z głupotami. Niedługo bowiem będzie tak. Turyści przylecą na Wyspę Wielkanocną, w hali prymitywnego lotniska pokażą im film o wyspie, wsadzą z powrotem w samolot. Wyspa zaliczona.

W paru miejscach można zobaczyć kilka stojących obok siebie moaiów - na rogatkach Hanga Roa, za cmentarzem (ciekawym zresztą), pod wulkanem Terevaka - A Kivi (7sztuk), kilka sztuk przy niewielkiej sztucznej plaży Anakena, w masywie Rano Raraku i w Tongariki (zdaje się 15).

Na wyspie obowiązuje czas GMT minus 6h, jest tutaj dwie godziny wcześniej niż w Santiago. W samolocie kazano nam wypełnić jakieś formularze wjazdowe, których nikt nie sprawdzał. Lokalne lotnisko może jest i małe oraz prymitywne, ale posiada dobrze ponad 3-kilometrową drogę startową, biegnącą prawie od wybrzeża do wybrzeża. Gdy jeszcze latały wahadłowce kosmiczne, lotnisko Mataveri, było dla nich rezerwowym miejscem lądowania.

Na polu namiotowym spotkała mnie przygoda. Gdy kościelna kolonia w liczbie 120 dzieciaków wyjechała, pewien Japończyk postanowił przesunąć swój namiot dalej od oceanu, gdzie ciszej i mniej wietrznie. Przenosząc zahaczył o linkę mojego namiotu, wywalił się. Siła była tak duża, że wyrwał linkę z namiotu, puściło kilka szwów. Zazwyczaj namiot mi się rozwala w górach, a nie na polach namiotowych, ale tym razem jest inaczej. Oby przetrwał do końca wyprawy. Więcej nie oczekuję. W tej historii chcę pokazać jacy są Japończycy, zawsze tacy sami. Narozrabiają, ale ani przepraszam, ani nic. Linka wyrwana, wiatr ją porywa, udało mi się ją złapać, a Japończyk udaje, że nie wie o co chodzi. Tak wygląda kultura tego zacnego narodu. Podobnych historii i obrazków byłem świadkiem kilkaset razy. Ale gdy im się coś zrobi, aferę robią na całą okolicę. A propos namiotu jeszcze, to tradycyjnie mam leciutki, szturmowy, jednopowłokowy, na zimowe warunki, bez klejonych szwów, co średnio się sprawdza podczas ulew. A do spania śpiwór puchowy na ujemne temperatury. Dwóch namiotów i dwóch śpiworów nie zmieściłem do bagażu, ale nie jest źle.

Trochę cen. Nocleg na polu namiotowym Mihinoa we własnym namiocie 6500pesos, wypożyczenie namiotu kosztowało zdaje się 500pesos za dobę. Wynajęcie roweru na dobę 10000-13000pesos, skutera od 20000pesos plus paliwo, samochodu od 40000pesos plus paliwo. Ile paliwo kosztuje na wyspie, nie wiem, pewnie drożej niż w kontynentalnym Chile, gdzie 700-800pesos w rejonie Santiago. Wycieczka po wyspie w grupie, od 20000pesos za osobę, trwa 7h, w cenie tylko transport. Empanada 2000pesos, słodkie wypieki 1000-3000pesos, półtoralitrowy napój (woda, cola) - najczęściej 2000pesos (wodę można pić z kranów). Mały lód 1500pesos, duży 3000pesos, jakiś mini lunch od 5000pesos, a coś większego od około 10000pesos. Rolka papieru toaletowego 450pesos, jedna papryka lub pomidor 600-900pesos. Chleb tostowy duży około 2500-2800pesos, mała paczka ciastek 800pesos. 1h internetu 1500pesos, a dostępu do WIFI 1000pesos, hotele itp mają zazwyczaj bezpłatne WIFI. Widokówka od 350pesos, a znaczek do Europy 600pesos. Pamiątki - od 2000 pesos za byle jaki magnes, po kilkaset tysięcy pesos za jakieś duże rzeczy - rzeźby, biżuteria. Większość pamiątek to koszt od równowartości kilkunastu dolarów do ponad pięćdziesięciu. Lawa, w tym obsydian, który wiozę ze sobą - są za darmo. Można wykupić różne wycieczki, na koniach, quadach, łowienie ryb, nurkowanie, nauka surfowania, ceny od kilkudziesięciu tysięcy pesos wzwyż.

  • Na zdjęciach:
  • 1-8) Hanga Roa. Widać lotnisko, moje pole namiotowe i szybkie śniadanie (mortadela, żółty ser, masło, pieczywo, papryka, musztarda). Poza tym, główna ulica, fragment cmentarza i moaie na rogatkach miasta. Miejscowa ryba i to co zabrałem z wyspy.
  • 9-14) wulkan Rano Kau i jego piękny krater. Poza tym masyw wulkanu, oraz widok na całą wyspę z wulkanem Terevaka i Poike. Na ostatnim zdjęciu osada Orongo.
  • 15-17) Wulkan Terevaka i pies towarzyszący mi w wycieczce.
  • 18-20) Wulkan Rano Raraku.
  • 21) Część moiaów w Tongariki.
  • 22-23) Wulkan Poike.
  • 24-25) Wulkan Tuutapu.
  • 26-27) Rejon plaży Anakena.
  • 28) Fragment jaskini Ana Te Pahu.
  • 29) Tak wygląda większość posągów moai.
  • 30-35) Różne zdjęcia z Wyspy Wielkanocnej, w tym flaga.


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2020 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search