Blog

Blog

Niezwykły skamieniały las Gingko, Columbia, Seattle, lot z USA do Polski

Gingko - spetryfikowany las, Waszyngton, USA.
4 marca - ostatni pełny dzień pobytu w USA. Pierwotnie tego dnia miałem odstawić samochód, ale kilka dni wcześniej przedłużyłem wypożyczenie o dzień. Koszt: dwadzieścia dolców, miejsce do spania i duża mobilność (tyle zapłaciłbym z Burien do jakiegoś hotelu koło lotniska). Paliwo tanie jak woda. Do przejechania zostało około 1000km. Bułka z masłem. Cały czas podróżowałem drogą nr 90. Świetny dzień. Muzyka, fajna trasa, kilkadziesiąt postojów w ciągu dnia. Różne pory roku. I śnieg z zaspami, i mroczna jesień, słońce i niemal wiosenne klimaty. Przez pół dnia mróz, gdy zjechałem niżej, wyraźny plus. Na trasie wysokości dochodzące do 2000m, a na koniec podróży prawie zero metrów na skraju zatoki Pacyfiku. Skaliste góry, łagodniejsze, bezleśny bazaltowy płaskowyż Columbia, klimaty jak na dalekiej północy, znowu góry, skały. Rzeki, jeziora, sztuczne zbiorniki. Pola i skały lawowe, widoki na wulkany, w tym Mt Rainier 4392m. Po zmroku już blisko Seattle przejazd przez Snoqualmie Pass 920m (Cascade Range). Ostatni raz zrobiło się bardzo zimowo, w rejonie przełęczy jest spory ośrodek narciarski, panowały świetne warunki, przy drodze wysokie śnieżne zaspy. To zasługa mikroklimatu, słynącego z dużych opadów. Ośrodek ma cztery części: Alpental, Summit West (Snoqualmie Summit), Central Summit (Ski Acres) i Summit East (Hyak). Wysokości narciarskie przekraczają 1100m, a okoliczne szczyty dochodzą do 1700m (trochę dalej już do 2355m - Chimney Rock (piękna skalista góra), z niewielkim lodowcem Overcoat Glacier (2100-1800m). W przeszłości dochodziło tutaj do wielu spektakularnych wypadków i karamboli. Do Seattle jest stąd 80-90km drogami szybkiego ruchu.

Zanim o końcówce podróży, jeszcze o dwóch miejscach z trasy. Jeziorze Coeur d'Alene przy miasteczku o tej samej nazwie (Idaho) i spetryfikowanym lesie Gingko (Waszyngton, miejscowość Vantage).

Jezioro Coeur d'Alene ma 40km długości i do 4km szerokości, lustro wody jest na ok. 650m. Otoczone górami, ośnieżonymi jeszcze o tej porze roku. Jest to jezioro polodowcowe, do tego sztucznie spiętrzone. Świetne miejsce rekreacyjne.

Spetryfikowany, czyli skamieniały, las Gingko, niedaleko zbiornika Wanapum na rzece Columbia. Został odkryty w 1930 roku i szybko objęty ochroną przyrodniczą. Lawa zalała las (14-6mln lat temu) i doszło do procesu petryfikacji, odkryto około 50 gatunków roślin. Gdy ustąpiło ostatnie zlodowacenie około 15000 lat temu odsłoniło część lasu. Teren nie jest wysoko położony - 200-300m n.p.m. Są ścieżki, gdzie pośród law są odsłonięte fragmenty skamieniałych (skrzemieniałych) drzew. Niestety zostały zabetonowane i przykryte grubymi metalowymi kratami. Koło zalewu jest sklepik i visitor center, gdzie można zobaczyć dużo potężnych kawałków skamieniałego drewna. W okolicy odkryto też petroglify wykonane przez rdzenną ludność - plemię Wanapum. Spetryfikowany las Gingko, to jeden z najwspanialszych takich przykładów na świecie. Przyrodniczo i geologicznie bardzo ciekawa okolica, pustynna. Spędziłem tam czas do zmroku. Samotnie, zero turystów.

Najwięcej czasu poświęciłem na ścieżki w skamieniałym lesie. Zrobiło się późno. Zazwyczaj jak chcę iść na skróty pakuję się w kłopoty albo idę trzy razy dłużej niż szedłbym normalna drogą. Ale tym razem zostałem nagrodzony, aczkolwiek boleśnie. Zbiegając zboczem na przełaj do auta, nagle coś kopnąłem. Moje kontuzjowane stopy nie doszły jeszcze do siebie, chociaż już było całkiem nieźle,  w każdym bądź razie ból był bardzo silny. Przeklinałem pod nosem siarczyście, że zachciało mi się skrótów. Ale gdy zobaczyłem co kopnąłem moja facjata rozpromieniała. Kopnąłem kawałek skamieniałego drzewa. A nieopodal znalazłem jeszcze jeden. Razem kolejny kilogram kamieni do plecaka, który już w połowie składał się z lawy, ale co tam. Dobrze, że zapadał zmrok, bo w innym razie zacząłbym szukać kolejnych kawałków i znalazłbym pewnie jeszcze z parę kilo. I gdzie bym to zmieścił, jakbym to przywiózł? Zdjęcia znalezisk wyprawowych zamieszczę w specjalnie poświęconym temu wpisie.

Podczas podróży z Yellowstone do Seattle na przydrożnych tablicach widziałem sporo śmiesznych i ciekawych nazw miejscowości: Anaconda, Moscow, Helena, Three Forks, Manhattan, Clinton, Othello, czy Amsterdam, w którym notabene miałem niedługo lądować, w tym europejskim.

Jadąc przez kolejne stany zauważyłem, że nie podaje się odległości do miejscowości w innym stanie. Czyli w Idaho, próżno szukać na tablicach końcowego miasta Seattle, w stanie Waszyngton. I znowu te różnice w prędkościach. Na transkontynentalnej 90-tce w Idaho mogłem jechać 80mil/h, minąłem tablicę Waszyngton i już było 70mil/h. Na ostrzejszych zakrętach, w różnych stanach,  były pod znakami ostrzegawczymi, malutkie żółte tabliczki z ograniczeniem prędkości np. do 55mil/h, napis w kolorze czarnym. Mało widoczne, zwłaszcza w nocy. Ponadto znowu zmieniłem strefę czasową, cofnąłem zegarek o godzinę.

Będąc już w Seattle musiałem zmienić kilka dróg, by dostać się w rejon lotniska Seatac i dalej do Burien. Jadąc drogami szybkiego ruchu nie było łatwo dostać się do celu, za sprawą beznadziejnego oznakowania dróg i zjazdów. Pisałem już o tym. Małe znaki, drobny druk, dużo napisów, źle to wszystko poustawiane, za mało, za późno (za blisko zjazdów). Gdy wszyscy jadą z optymalną prędkością nagłe zwolnienie byłoby niebezpieczne, ale wtedy ciężko dojrzeć to co na znakach i trafić we właściwy zjazd. Trzeba to robić na wyczucie lub korzystać GPS-a, ale i tutaj jest pewien haczyk. Część zjazdów jest tak zaprojektowana, że człowiek myśli, że jeszcze do zjazdu ma kilkaset metrów, a tak naprawdę przegapił już go. W Europie jest to wszystko na dużo wyższym poziomie, mądrzejsze, czytelniejsze.

Do Burien dojechałem po godzinie 22:00, pokonując 1000km. Nocowałem przy drodze niedaleko zatoki.

Kilka przykładowych cen z marketów, sklepów przy stacjach benzynowych: cheese croissant,  1,89$, dwa pomidory 0,77$, mały hamburger na zimno 3,39$, kanapka przy stacji benzynowej 4-7$, kawa przy stacji benzynowej 1,50-2$, litrowa woda 1-1,50$, polska kielbasa 250g 2,99$, gotowane jajko na twardo 0,99$, regularny zestaw w fastfoodzie 7-10$, 200g żółtego sera 3,99$, salami 100g 2,45$, 400g pomidorów 1,92$, mała musztarda 1,49$, 600g bananów 1,28$, 2l pepsi diet 1,70-2$, monster energy drink 1,60-2$, 4 x duracell AA 5,99$, gumy miętowe 1,29$, 1kg bananów w markecie w idaho falls 1,20$, magnesy na lodówkę 2-5$, widokówka 0,20-0,60$.

Nastał przedostatni dzień wyprawy, 4 marca. Po przebudzeniu zjechałem nad ocean w rejon Three Tree Point (zatoka Puget), mijając elegancką dzielnicę domków jednorodzinnych, nieraz z prywatnymi plażami. Wschodziło słońce, pięknie prezentował się pobliski wulkan Mt. Rainier. Przypomniało mi się coś, co może zainteresować miłośników wojskowości. W godzinę płynięcia promem z Seattle można dostać się do Bremerton na półwyspie Kitsap. Znajduje się tam potężna stocznia marynarki wojennej, oprócz budowy statków, remontuje i recyklinguje się tam chyba wszystko, z lotniskowcami i łodziami podwodnymi wyłącznie, także tymi o napędzie atomowym (nazwy stoczni: Puget Sound Naval Shipyard and Intermediate Maintenance Facility (PSNS & IMF), zwana też: Navy Yard Puget Sound, Bremerton Navy Yard). W stoczni utrzymywana jest część floty rezerwowej, czyli różne nieaktywne okręty, w tym dwa lotniskowce USS Independence (CV-62) [5] i USS Kitty Hawk (CV-63). Na zdjęciu satelitarnym z Google Maps, zrobionym pewnie jakiś czas temu, które pewnie ulegnie w przyszłości aktualizacji, zauważyłem 6 lotniskowców, w tym 4 wyglądające na stare, raczej do rozbiórki, niż na misje bojowe.

Po powrocie do centrum Burien, miasteczka na przedmieściach Seattle (ok. 40 tys. mieszk.), spakowałem się, wyrzuciłem niepotrzebny sprzęt - resztówki, których nie wyrzuciłem wcześniej. W plecaku została głównie lawa. Na lotnisku okazało się, że główny plecak waży 24kg, podręczny 10kg, drugie 10kg mam na sobie, w tym w kieszeniach. To wszystko przez lawę, popiół wulkaniczny, próbki ziemi, skamieniałe drewno.

Posprzątałem trochę auto i podjechałem do Hertza. Zdałem samochód. Gdyby ta toyota yaris nie była tak tandetnie plastikowa i wyłożona materiałami niskiej jakości, gdyby nie była tak mała, nie miała tak marnego silnika oraz przeciętnych i źle zestrojonych hamulców, tak beznadziejnej automatycznej skrzyni biegów oraz tak słabego wyposażenia wewnętrznego, byłaby całkiem fajnym autem :). Nie mniej nie zepsuła się, opony letnie dały radę nawet w zimie, pokonałem nią 4112km (2554 mile), z czego z niecałych dziewięciu dób, używałem ją w minimalnym stopniu w ciągu czterech dób. Innymi słowy prawie wszystkie kilometry zrobiłem w przeciągu około pięciu dób. Spałem w niej osiem nocy.

Następnie zamówioną taksówkę za 15 dolców dojechałem na lotnisko Seatac (ponad 42mln pasażerów) i ustawiłem się w ogromnej kolejce. Grubo ponad 500 metrów. Bałem się, że spędzę w niej pół dnia, ale po 40-45 minutach już przechodziłem kontrolę bezpieczeństwa. W Kanadzie, trwałoby to kilka godzin, Amerykanie są sprawni. Trudno im zarzucać brak solidnych kontroli po 11 września 2001 roku, ale nikt tu nie kazał mi jak w Polsce, wywalać całej elektroniki z bagażu podręcznego. Nic nie musiałem wyjmować. Bardzo mi się podobała sprawna przesiadka na lotnisku Minneapolis-Saint Paul (36,6mln pasażerów w 2015), gdzie paskudna pogoda, śnieg z deszczem. Przycumowaliśmy do bramki, sąsiadującej z tą, z której miałem odlecieć do Amsterdamu. Miałem 45 minut czasu. Tak powinno być, a nie jak to miało miejsce następnego dnia w Amsterdamie.

Korzystałem z linii Delta, takiej jak każda inna. Jeszcze kilkanaście lat temu widziałem różnicę obsługi podróżnych na pokładzie samolotów w poszczególnych liniach. Jedne były lepsze, inne gorsze. Dzisiaj wszystko się spłaszczyło jeśli chodzi o klasę ekonomiczną. I nie ma znaczenia czy linia jest tzw. cztero- czy pięcio- gwiazdkowa, czy bezgwiazdkowa. Różnica polega głównie na tym, że w tych liniach tzw. premium, stewardzi i stewardesy są bardziej elegancko ubrani. Reszta taka sama, fotele, miejsce na nogi, ekrany lcd i tzw. entertainment, jedzenie i napoje zarówno pod względem ilości, rodzaju i jakości. W tych niby lepszych liniach nawet jest gorzej, marnują papier na podawanie w takiej formie menu, a wysublimowane nazwy posiłków, nie przekładają się na smak i ilość. Już wolę zwykły ryż z kurczakiem. Generalnie jakość posiłków i obsługi w klasie ekonomicznej jest wyraźnie niższa niż kilkanaście lat temu (ale też ceny niższe). Coraz powszechniejsze jest kategoryzowanie klasy ekonomicznej na kilka opcji, coraz częściej nie dostaje się na krótkich trasach posiłków albo jakąś nędzną kanapkę, a na dłuższych zamiast dwóch ciepłych posiłków jest jeden. Z napojami jest podobnie. Kiedyś jak prosiło się o colę, dostawało się dużą puszkę, dzisiaj leją najczęściej do kubeczka 100-150ml. Nawet niektóre linie dorobiły się własnych małych puszeczek z piwem, zamiast normalnych. Minął ponadto kult młodości i figury wśród kadry pokładowej. Jest sporo osób, które dwudziestkę skończyły dobre dwadzieścia lat temu i coraz częściej spotykam osoby z wyraźną nadwagą (niezbyt sprawnie poruszają się wąskimi korytarzami). Nie mniej, tradycyjne linie na lotach rejsowych i tak oferują znacznie więcej niż loty charterowe. Niektórzy znajomi wykupując wycieczki w biurach podróży (bywa że za 10 000zł), latają w ten sposób, gdzie lot kosztuje nierzadko dwa razy tyle co rejsowy i dostaną co najwyżej kubek wody podczas kilkunastogodzinnego lotu. Muszą brać własne kanapki albo przepłacać na pokładzie.

5-go marca przed południem wylądowałem w Amsterdamie, tracąc sporo godzin na skutek kolejnych stref czasowych. Jeśli tylko mogę, omijam lotnisko Schiphol, jest marne. Amsterdamskie lotnisko jest stare, później chaotycznie rozbudowywane. Projektanci skupili się na upchaniu jak największej liczby samolotów, zapominając o wygodzie pasażerów. Dzisiaj ma 6 dróg startowych i obsługuje przeszło 58mln pasażerów. Jednak zawsze gdy na nim jestem wszystko się powtarza. Czas od wylądowania do momentu zatrzymania przy terminalu jest bardzo długi, podobnie jest ze startem. Jak mam przesiadkę, to zawsze czeka mnie 2-kilometrowy spacer do innego terminala (przy krótkich przesiadkach robi się nerwowo). W Minneapolis miałem pięć metrów do bramki kolejnego wylotu. Gdy człowiek zmęczony, z dużym podręcznym bagażem, jest to najzwyczajniej uciążliwe.

Za to po wylądowaniu na lotnisku Chopina w Warszawie, spotkała mnie miła niespodzianka. Zawsze narzekam na długie oczekiwanie na bagaż. 20-30 minut zanim ruszy taśma. Na tak małym lotnisku to po prostu skandal (11mln pasażerów). Ale tym razem taśma ruszyła po 10 minutach od lądowania, do tego mój bagaż był jednym z pierwszych. Super, mam nadzieję, że to nie jednorazowy przypadek, tylko ktoś w końcu coś zrobił, by bagaże były dostarczane szybciej pasażerom i kolejny raz będzie równie sprawnie. Brawo! Gdyby jeszcze na budynkach napis: Lotnisko Chopina w Warszawie zamienić na anglojęzyczne: Warsaw - Chopin (International) Airport, też bym pochwalił. Lądując widzę napis i myślę sobie, że zagraniczni podróżni nie mają pojęcia co tam pisze. Nie da sie po angielsku? Za trudne?

Kolejny przystanek to Dworzec Zachodni, miałem dwie minuty do odjazdu pociągu Pendolino do Katowic. Fajnie, że w końcu kupując przez internet bilet są różne promocje, szkoda że nie obowiązują w kasie na dworcach. 150zł, to trochę za dużo. W promocji internetowej można kupić taki bilet za jedną trzecią tej kwoty. Nie miałem pewności dokładnie o której znajdę się na dworcu, dlatego nie kupowałem biletu z wyprzedzeniem. Ale taka jest polityka PKP intercity i obejmuje więcej słabych wizerunkowo działań. Na przykład bilety dla seniorów (po ukończeniu 60-go roku życia), można zakupić z 30-procentową zniżką, tylko mało kto o niej wie. Próżno szukać takiej informacji u pracowników PKP, czy to w pociągu, czy w kasie na dworcu. Sami z siebie tego nie powiedzą, nie zaproponują. Kilka razy byłem świadkiem w obu tych miejscach, jak przypadkowy pasażer poinformował innych o takim uprawnieniu. Ludzie zdziwieni, przecież to duża oszczędność. Konduktor w pociągu na to, że on nie może wymienić już biletu, by pamiętać o zniżce następnym razem, i nie jest jego obowiązkiem o takich rzeczach informować. Pracownicy dworcowych kas twierdzili tak samo, że to nie ich sprawa, ale byli gotowi wymienić bilet za blisko 6-cio złotową opłatą manipulacyjną. I tak się opłaci.

Pendolino, fajnie że są. To co jeździło wcześniej, to był wstyd. Jeżdżą po Polsce za wolno jak na swoje możliwości, ale ponoć ma to się zmienić. No i te ciągłe opóźnienia - niekończąca się historia. Generalnie jakość składów Pendolino jest dobra, ale kilka niedoróbek jest. Najbardziej uciążliwą są wieszaki na kurtki. Dwa wieszaki pod oknem. Wystarczy, że jedna osoba powiesi tam kurtkę, robi się problem. Najczęściej jest to kurtka pasażera siedzącego przy przejściu, który pozbył się problemu, tworząc go dla pasażera pod oknem. Taka kurtka przeszkadza, ogranicza miejsce, zasłania część okna, nie da się skorzystać ze stolika. Zahacza się o nią ręką, nieraz kolanem. Wieczne proszenie pasażera, by zabrał tą kurtkę i na przykład położył na półce nad siedzeniami jest uciążliwe (zwłaszcza jak się tyle zapłaciło za bilet i jedzie ponoć pociągiem premium). Jedni robią to bez problemu, z innymi trzeba się kłócić. Ten temat wieszania kurtek spartolono dokumentnie. W tak drogim pociągu. Istnieje pewien problem z półkami na duże bagaże. W wagonie są w minimalnej ilości, więcej jest między przedziałami. Ale konduktorzy ciągle mi mówią, by tych bagaży pilnować, bo różnie bywa. Mam tam stać? Zastanawia mnie też numeracja siedzeń, dlaczego siedzenia obok siebie mają numerację na przykład 42 i 48, nie może być 42 i 43? Lampka między siedzeniami to niefortunny pomysł, jej użycie przeszkadza sąsiedniemu pasażerowi. Mogłoby być więcej miejsca na nogi, no i tory równiejsze, by kawa mi się nie wylewała na spodnie. Regularnie także widzę problemy z zamykaniem drzwi, nieraz przez to pociąg, którym jechałem nabawił się opóźnienia, bo któreś drzwi nie chciały się zamknąć. Brakuje sygnału WIFI i ekranów lcd przy siedzeniach, w Ameryce Łacińskiej nierzadko mają je autobusy, więc pociągi premium również powinny mieć coś takiego. Proponuję ponadto zrezygnować z tzw. poczęstunku. Jest żenujący. Lepiej niech bilety będą tańsze. Kiedyś nawet w drugiej klasie do wyboru było kilka napojów, kawa (niezłej jakości), herbata, baton albo spore ciastko. Dzisiaj w drugiej klasie została tylko butelka wody lub herbata albo beznadziejna kawa z saszetki - w małych kubkach. W pierwszej klasie dodatkowo jakiś napój oprócz wody do wyboru i mini czekoladka albo mini ciasteczko. Nie dość, że to marne, to nie każdy musi mieć ochotę, ale za to zapłacił. Natomiast ceny w Warsie to istne szaleństwo, prawie 20zł z małą kanapkę(na którą trzeba strasznie długo czekać) i małą kawę, to co najmniej o połowę za dużo. Dlatego prawie nikt nic nie kupuje, a nieświadomi nabierają się tylko raz, głośno komentując, że to ostatni ich zakup w Warsie. Taki klient już szybko z takich usług nie skorzysta. A wystarczy ceny uczynić normalnymi, a wszystkim to się opłaci. Ludzie zamiast brać kanapki z domu, kupować dużo taniej na dworcach lub w okolicy, zaopatrzą się wtedy w pociągu.

Ostatecznie w domu, w Bytomiu, zameldowałem się po 20:00, kończąc jakże ciężką, 112-dniową, ale pełną sukcesów wyprawę. Udało sie wszystko a nawet więcej, zmęczony i trochę kontuzjowany dotarłem do mety. Tradycyjnie zacząłem od kąpieli, prania, rozpakowywania i polskiego pysznego jedzenia. Mamy najlepsze na świecie, takie jest przynajmniej moje zdanie.

Kończę bezpośrednią relację z wyprawy tym wpisem, ale o samej wyprawie, jej efektach, jeszcze parę wpisów będzie.

  • Na zdjęciach:
  • 1) gdzieś pomiędzy Yellowstone a Seattle.
  • 2) jezioro Coeur d'Alene.
  • 3) tablica rejestracyjna z Idaho.
  • 4-7) płaskowyż Columbia, w tym "turlające się krzaki", które kilka razy mnie "zaatakowały".
  • 8-9) zbiornik Wanapum na rzece Columbia w sąsiedztwie spetryfikowanego lasu Gingko.
  • 10-23) spetryfikowany las Gingko.
  • 24-28) zatoka Puget (Pacyfik) w Burien i widok na wulkan. Mt. Rainier 4392m.
  • 29) fragment Burien koło Seattle.
  • 30-31) od połowy wyprawy moje buty wyglądały właśnie tak, a że nie miałem czym ich zastąpić, musiałem je reanimować do końca wyprawy. Spoczęły w koszu na śmieci w Burien.
  • 32-33) kolejka do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku SeaTac (Seattle-Tacoma). 


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search