Blog

Blog

CZARNOGÓRA – Podgorica, starożytna Docela i przygoda z amerykańską ambasadą

Pośród ruin miasta Doclea.
Doclea od centrum Podgoricy oddalona jest o 5km. Jako, że na żadną komunikację publiczną nie było co liczyć, a lubię chodzić, więc taki spacer wzdłuż rzek Moraca i Zeta bardzo mi odpowiadał. Wokół górzysta okolica. Na prawie całej trasie chodnik.

To rzymskie miasto, funkcjonowało w okresie od I - do początków V w. n.e., zamieszkiwało je 8-10 tysięcy osób. Miało poważne rozmiary, co widać do dzisiaj, acz ruin zostało bardzo niewiele. Żadnych większych budynków. Fragmenty murów i murków, fragmenty kolumn w trawie i sporo kamieni luzem. Oznakowanie doprowadzające do tego miejsca słabe, wkoło sporo śmieci. Większość terenu ogrodzona metalowym płotem, ale na szczęście brama była lekko uchylona. A tam chaszcze, częściowo wyblakłe albo poniszczone tabliczki z informacjami. Zero człowieka. Strasznie zaniedbany teren. Nie zdziwiło mnie to. Wszystko co dotąd napotkałem w Czarnogórze takie było. Odwiedzone wcześniej: Macedonia, Kosowo, Albania, też nie są bogate, też trochę zaniedbane, ale Czarnogóra na tym tle prezentowała się koszmarnie. Ruiny są w miejscowości Duklja, miłośnicy winnic też tutaj znajdą coś dla siebie. Chociaż czarnogórska stolica jest na wysokości ok. 50m n.p.m., to już za miastem są całkiem sporych rozmiarów, groźnie wyglądające góry. Z ruin Doclea dobrze je widać.

FILMY: ŻÓŁW i MRÓWKI.

Tą samą drogą wróciłem do miasta, by pochodzić trochę po drugiej stronie rzeki Moraca, w stosunku do pierwszej części zwiedzania Podgoricy. O ile brak tutaj starych spektakularnych zabytków, to może warto poszukać czegoś nowego? Do tych ostatnich należy prawosławny Sobór Zmartwychwstania Pańskiego pełniący funkcję katedralną. Budowano go w latach 1993-2013. Jest ogromny i efektowny. Obok jest niewielka kapliczka. Za to okoliczny teren czeka na zagospodarowanie, do tego bloki i kilka nowszych budynków apartamentowo-handlowych wzdłuż bulwaru George`a Washingtona. W tej okolicy jest więcej takich budynków. Szklane niewysokie wieżowce, sklepy marek premium. Kawałek dalej uniwersytet, budynek radia i telewizji oraz duże centrum handlowe. Ostatnim elementem spaceru były parki: Djeciji i Petrovica. W tym drugim jest niewielki pałac z XIX w. - króla Nikoli I Petrovica o przeciętnej urodzie, ze starą zaniedbaną fontanną. W środku działa galeria sztuki.

Stąd, idąc w dół, można dojść do rzeki Moraca i przeprawić się mostem na drugą stronę. Natomiast pomiędzy parkiem Petrovica a rzeką mieści się ambasada Stanów Zjednoczonych. Koło której spotkała mnie maleńka przygoda, jakich w życiu przerobiłem setkę. Aż się chce powiedzieć - zawsze to samo.

Przy pałacu Petrovica robiłem zdjęcia, zapadał zmrok, więc z lampą błyskową. Wychodząc z parku przechodziłem koło jakiejś ogrodzonej rezydencji. Ochrona za nim dziwnie się na mnie patrzyła, rozmawiała energicznie przez krótkofalówkę, i przemieszczała się wraz ze mną. Od razu nabrałem podejrzeń, że to nie przypadek. Spacerem szedłem dalej wzdłuż ogrodzenia, skręcając w kierunku rzeki Moraca. Gdy przechodziłem koło wejścia, szybko wyszedł strażnik, patrzył się na mnie, ale nie reagował. Chwilę później, na horyzoncie pojawił się policjant i pomyślałem sobie, że pewnie w mojej sprawie, jakakolwiek by nie była. Miałem rację. Policjant ciutkę mówił po angielsku, więc dało się dogadać. Dowiedziałem się, że ogrodzona rezydencja, to Ambasada USA i ochrona widziała błysk flesza a ambasady fotografować nie można i musi mnie zabrać na posterunek. Nie ma sprawy, gdy mam czas mogę się pobawić w takie bzdury, zawsze później jest miło się pośmiać i powspominać. Posterunkiem okazała się malutka zniszczona budka przed ambasadą.

Zapytałem policjanta, że niby skąd mam wiedzieć, że to ambasada USA, skoro nie ma żadnej informacji na płocie, żadnej tabliczki zakaz robienia zdjęć? Przyznał mi rację, że nie mogłem wiedzieć. Amerykanie mają szajbę pod względem swoich placówek dyplomatycznych, nieraz się przekonałem, więc i się nie zdziwiłem. Chociaż to już dawno przekroczyło granice zdrowego rozsądku. Policjant chciał ode mnie dokumenty, powiedziałem że nie mam. Podałem mu dane słownie, wyłącznie z miejscem noclegu. Spisywał to na kawałku obdartej kartki. A długopis miał popękany, gdy się rozleciał, pisał samym wkładem. Ciężko było mi się powstrzymać od śmiechu.

Następnie poprosił o pokazanie zdjęć. Na jednym, marnej jakości, widać było kawałek ogrodu ambasady. Poprosił o jego skasowanie, odmówiłem, bo: 1) na zdjęciu nie było nic, co by zagrażało USA; 2) zdjęcie jest moją własnością, objętą moimi prawami autorskimi i ja decyduję czy skasuję czy nie, chyba że sąd wyda stosowny prawomocny wyrok; 3) nie zostałem w żaden sposób poinformowany przed zrobieniem zdjęcia, o zakazie fotografowania. Policjant zrozumiał moje wyjaśnienia i przyznał mi rację. Tu nie chodziło o zdjęcie, było tak marne, że mogłem je natychmiast skasować bez żalu, chodziło o zasady. A te u mnie są bardzo ważne. Potem oboje śmialiśmy się z szajby Amerykanów, którzy go wezwali. Miło pogadaliśmy sobie, był w Polsce, miło wspominał.

Pożegnaliśmy się i ruszyłem w swoim kierunku, robiąc sobie wieczorny spacer po wyludnionej Podgoricy. Żadnej przyjemności, bo i miasto takie nie jest.

Wieczorem w Hostelu Podgorica, chciałem sobie zarchiwizować dotychczasowe zdjęcia, korzystając z komputera dla gości i to był mój błąd. Komputer był zawirusowany i uszkodził mi kartę pamięci. Nie tylko nic nie zarchiwizowałem, ale straciłem też część zdjęć. Nie wiedząc co da się odzyskać, kolejnego dnia o wschodzie słońca, po prawie nieprzespanej nocy (+ 33°C w mieszkaniu), ruszyłem na szybkie obejście Podgoricy, by zrobić jeszcze raz zdjęcia, na wszelki wypadek. Uszkodzone zdjęcia dotyczyły jednak nie tylko Czarnogóry. Ostatecznie, 80% udało się później uratować.

Po szybkim obejściu miasta, chciałem dostać się do hostelu, bo zaraz miałem autobus do Sarajewa. Pojawił się jednak problem, bo nie mogłem się dostać do budynku. Dzień wcześniej, po przyjeździe do Podgoricy, musiałem długo czekać zanim mnie ktoś wpuścił. Potem również ponad 10 minut czekałem, po spacerze, by wejść do środka. Pracownik (właściciel?) na moje pretensje, napisał mi z pamięci na kartce kod do drzwi bloku. Dziesięciocyfrowy, który widocznie był błędny, bo nie działał. Dzwoniłem natarczywie dzwonkiem, kilkanaście razy wpisywałem kod, próbując wszelkich sposobów. Potem dzwoniłem telefonem (1min = 1 euro), na posiadany numer. Pracownik odebrał, ale nadal mi nie otworzył. Ludzie z ulicy patrzyli co sie dzieje - gdy próbowałem sforsować drzwi. Do odjazdu autobusu miałem mniej niż 10 minut. Dobrze, że rano przed wyjściem spakowałem się tak, by tylko zabrać plecak. Gdy już byłem pewien, że mój autobus przepadnie, jakiś sąsiad wychodził i mnie wpuścił. Dzwonię do drzwi hostelu i nadal nic. Wywalę je pomyślałem, po silnym uderzeniu w nie, pracownik natychmiast otworzył. I do mnie z krzykiem, że przecież mam kod. Gdybym miał chociaż kilka sekund więcej, nie byłbym tak pokojowo nastawiony. A tak wziąłem przygotowany plecak i wybiegłem. Nie wiem jak bezmyślnym trzeba być człowiekiem, który przez około 20 minut nie otwiera drzwi, mimo że dzwoni domofon i dzwonię telefonem. Od drzwi hostelu do drzwi wejściowych do budynku było kilka schodów i co najwyżej kilka metrów do pokonania. Nie dziwię się, że w Hostelu Podgorica było pusto. Przy takiej jakości usług, warunkach i cenie, to bez sensu.

Gdy wbiegłem po długim sprincie na peron, autobus właśnie odjeżdżał. Dobrze, że bilet kupiłem dzień wcześniej. By wejść na peron, trzeba okazać bilet i pokonać bramkę. Gdy chciałem włożyć plecak do bagażnika, kierowca dał mi karteczkę i zażądał 1 euro. Znowu to samo, znowu w Czarnogórze. Nie dość, że bilet jak na lokalne warunki był drogi (18,90 euro - inne kursy do Sarajewa były jeszcze droższe), to jeszcze to. Skoro kupiłem bilet, zakładam że zapłaciłem za wszystko, logiczne. Pewnie bym się z gościem nie kłócił o to euro, gdyby nie fakt, że wydałem wszystkie drobne, a najniższym posiadanym nominałem było 50 euro. Kierowca nie mówił po angielsku, ale rozumiał moją argumentację - mam bilet to dlaczego chcesz ode mnie jeszcze jakieś pieniądze człowieku. W końcu wyrwał mi kartkę z ręki, zmiętoloną schował do kieszeni, ostentacyjnie wrzucił plecak do luku bagażowego i kazał mi wsiadać do autobusu.

Byłem we wszystkich stolicach krajów bałkańskich i większość jest co najwyżej przeciętnie atrakcyjna. Jednak na tym tle, Podgorica wypada i tak bardzo blado. Jeśli tutaj przyjechać, to tylko dla zapyziałości, wychodzącej z każdej ulicy, budynku, zakamarka. Na tle stolic regionu jest ona szczególnie widoczna właśnie w tym mieście. Można ją potraktować jako ciekawostkę. I uświadomić sobie, że są narody, których stolica wygląda tak, że najlepiej byłoby ją ukryć przed wszystkimi. Bardzo blisko nas, w Europie. Przeciwieństwem Podgoricy, jest jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast w regionie - Kotor. Położone również w Czarnogórze i ze względu na niewielką liczbą mieszkańców, bardziej miasteczko niż miasto, ale z pewnością godne uwagi.

Trasa z Podgoricy do Sarajewa jest atrakcyjna (droga E762). Wśród Gór Dynarskich, wąskimi drogami, z licznymi tunelami. Najbardziej efektowny jest fragmenty wzdłuż sztucznego zbiornika Piva. Wąskie doliny zalane wodą, wysokie, do ok. 2000m, strome góry, i kanion za tamą, która ma wysokość 220m. Zbiornik zaś, ma do ok. 190m głębokości, a lustro wody jest na ok. 765m n.p.m. Kawałek dalej jest przejście graniczne z Bośnią i Hercegowiną, które w lipcu 2016 wyglądało tak. Dziurawa, częściowo szutrowa droga po stronie BIH. Kilka baraków. Lubię takie klimaty, kojarzą mi się z przekraczaniem granic na krańcach świata. Tam przejścia wyglądają podobnie.

Cieszyłem się, że opuszczam Czarnogórę. Jak na tak krótki pobyt, problemów, głupot i upierdliwości było za dużo. Irytujący kraj.


Znajdź mnie

Reklama

Subskrybuj Mój Newsletter

Informacje o aktualnych wyprawach i wydarzeniach

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2018 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search