Blog

Blog

Mont Blanc – tak to zrobiłem – Dzień 3 – wierzchołek 4809m

Drugiego dnia pokonałem odcinek z Tete Rousse ok. 3200m do schronu Vallot ok. 4360m. Na dzień następny (4 września) – zaplanowałem atak szczytowy na wierzchołek Mont Blanc 4809m i zejście do Tete.


DZIEŃ 3


Już o drugiej w nocy przyszła rosyjska grupa, która wybrała model pośredni, czyli przespać się do rana i wyruszyć na szczyt. Gdy nastał świt duża liczba osób zmierzała na wierzchołek, większość pomijała Vallota. Gdy o czwartej rano wyszedłem na zewnątrz, a panowała jeszcze kompletna noc, widziałem światła czołówek prawie na szczycie Mont Blanc. Zawsze mnie dziwi, że na wielu górach sporo osób startuje w środku nocy i dochodzi na szczyt w nocy. Gdy niewiele widać i jest zimno. Osobiście wolę być na szczycie w południe, gdy ciepło i przyjemnie. Pogoda na Blanku nierzadko daje takie możliwości, dlatego dopiero o 8:00 wystartowałem. Wraz z fajną wrocławską czteroosobową ekipą którą poznałem niżej. Doszli z Tete Rousse.


Ja byłem sam, więc logiczne iż liną się nie wiązałem, ale oni też nie. Dlaczego? Bo byli mądrzy. Na takich graniach wiązanie liną jest dużo bardziej niebezpiecznie niż gdyby się nią nie związać. Złudzeniem jest nadzieja, że lina zwiększa w takim terenie bezpieczeństwo. Jeśli zespół jest bardzo doświadczony, wie co robić, ustalił co każdy i jak zrobi w razie, gdy któryś z członków zespołu zacznie spadać – jest cień nadziei na uratowanie się wszystkich. Lecz tylko cień. Liczne badania i wnioski z tego typu wypadków wykazały, że nawet lekka osoba która upadnie na którąś stronę grani czy na stromym zboczu, zwykle porywa cały zespół za sobą (założenie, że jak ktoś zacznie spadać na lewo, ktoś inny dla przeciwwagi rzuci się na prawo od grani w praktyce najczęściej jest nie do zastosowania). Już na zboczach o nachyleniu powyżej 30 stopni takie zdarzenie skutkuje najczęściej śmiercią całego zespołu lub poważnymi obrażeniami (które niejednokrotnie potęgują sami spadający np. zahaczając o siebie rakami). Bardzo rzadko zdarza się, by na takiej grani jaka jest na końcowym odcinku Mont Blanc, w razie upadku któregokolwiek z członków zespołu, udało się go wyhamować i zażegnać niebezpieczeństwo. Obecność profesjonalnego przewodnika nic nie da, poza podobnym złudzeniem jak lina. Dlatego podczas takich wypadków równie często giną przewodnicy jak i ich klienci. Jak klient zacznie spadać ani przewodnik ani pozostali klienci zazwyczaj nie są w stanie nic zrobić i też spadają (działają duże siły). Jak spada sam przewodnik, klienci tym bardziej nie wiedzą co robić i spadają razem z nim (a zazwyczaj uniemożliwiają mu uratowanie się, ciągnąc za sobą podczas spadania/zjazdu zboczem).


W przypadku mniej doświadczonych zespołów śmierć wszystkich jest w zasadzie pewna – trudno liczyć nawet na cień nadziei - gdy ktoś zacznie spadać. Dlatego w tym dramatyzmie lepiej by zabiła się jedna osoba, niż kilka osób związanych liną (zresztą pozostali bardziej pomogą wzywając pomoc lub próbując zejść do poszkodowanego, by udzielić mu pomocy).


W takich miejscach jak opisywane, zaleca się iść na sztywno (poręczówka, stanowisko z punktami przelotowymi) albo bez wiązania się liną. To ostatnie powoduje, że człowiek idzie ostrożniej, bez złudnego przekonania, że coś go zabezpiecza. To pierwsze zaś jest trudne do zastosowania zwykle i czasochłonne.


Należy zapamiętać, że badania wykazały, iż tarcie ciała spadającego po zboczu jest znikome, nabiera bardzo szybko potężnej prędkości, często się przy tym obraca. Jeśli niemalże w chwili upadania nie dojdzie do wyhamowania, potem jest za późno. Choć szanse przeżycia podczas takiego upadku są nikłe, to odrobinę większe, gdy spadający nie był związany liną ale będzie próbował hamować czekanem. Dlaczego zatem prawie wszyscy się wiążą liną na końcowej grani przed szczytem Mont Blanc? Bo nie mają odpowiedniej wiedzy i doświadczenia i błędnie im się wydaje, że lina ich uchroni przed tragedią. Tak naprawdę ona może uczynić tragedię znacznie większą, a prawie nigdy nie pomoże. Dlaczego przewodnicy chodzą z klientami na linie, choć wiedzą to o czym przed chwilą napisałem? Bo tego oczekują od nich klienci. Skoro przewodnik bierze sporo pieniędzy, ma też wziąć za ludzi odpowiedzialność. Należy im się za to szacunek. Bo wiedzą, że jak klient zacznie spadać, prawdopodobnie zginą razem z nim.

Co nie zmienia faktu, że warto się odpowiednio ubezpieczyć, na przykład kupując ubezpieczenie polecane przez Polski Związek Alpinizmu, kliknij: TUTAJ.

Wracając do zdobywania Blanka, wpiąłem taśmę w czekan oraz w uprząż i w drogę. Podczas upadku łatwo wytrącić z rąk czekan. Gdy jest wpięty do uprzęży, istnieje szansa go znowu chwycić i próbować hamować. Na głowie kask, na butach raki. Do tego kijek, bym nie musiał się za bardzo schylać mając tylko czekan. Znowu lenistwo. Na plecach zaś mini plecaczek, leciutki. Bezchmurna pogoda, słoneczko, ciepło, bezwietrznie. Żadnych negatywnych skutków wysokości. Przyszła forma. Bardzo fajnie mi się szło do góry, bez zadyszki, bez konieczności postojów. Mogłem przyśpieszać. Ruszyłem za kolegami z Wrocławia, wśród których niektórzy mocno odczuwali zmęczenie i skutki wysokości, ale dzięki temu zamiast wbiec na Blanca, miałem czas na zdjęcia, filmy, podziwianie widoków. Nigdzie mi się nie śpieszyło. Mogłem śmiało wchodzić te zwyczajowe dwie godziny od Vallota.


Świetnie się wstrzeliliśmy. Duża część osób zeszła ze szczytu. A Ci najsłabsi dochodzili dopiero do Dome du Gouter. Dlatego groziło nam niewiele mijanek, a na wąskiej grani nie jest to łatwe. Są fragmenty, gdzie ta czynność jest niewykonalna. Więc nie straciliśmy dużo czasu.


Za Vallotem zaczyna się strome wejście na grań Bosses. Na takie dwa pagórki. Mnie kojarzą się z kobiecymi piersiami. Jeden nazywa się Grande Bosse 4513m, drugi Petite Bosse 4547m, pomiędzy nimi i za nimi są malutkie przełączki. Cały teren jest eksponowany, upadek w lewo i w prawo grozi śmiercią. Ale to co najtrudniejsze dopiero przed nami. Za granią i przełączką ścieżka prowadziła nawisem śnieżnym. Dużym, grubym, ale krok w lewo i można z jego kawałkiem zlecieć w dół i się zabić. Nie mniej nie było tutaj jeszcze bardzo wąsko. Dopiero powyżej, na ok. 4600m grań zwęziła się bardzo. Na fragmencie 50-75 metrów tylko ludzkie stopy ową grań ciut przytępiły. Na tyle by zmieściły się dwa buty obok siebie. A że mam duże stopy i duże buty, ich fragmenty wisiały nad przepaściami. Innymi słowy, było bardzo wąsko, a po bokach ogrom wolnej przestrzeni. Miejsce dla ludzi o mocnych nerwach, bez lęku wysokości, przestrzeni, którym nogi za bardzo się nie trzęsą. Jeden zły krok, zahaczenie rakiem o rak i człowiek leci. A szanse na wyhamowanie zerowe, trup na miejscu. Jeśli w chwili upadania człowiek by się nie zatrzymał, a to prawie niewykonalne, to później byłoby za późno. O tej porze roku zbocza były oblodzone.


Krótki ale przerażający odcinek. Warto dopilnować, by raki były dobrze założone i nie spadły, zwłaszcza w takim miejscu. Dalej trzeba się przenieść kawałek na lewo od grani, gdzie nadal wąska ścieżka i bardzo eksponowany teren, by dojść do malutkiej ścianki lodowej, poprzedzonej sporą szczeliną lodowcową – największa i najgroźniejsza na całej klasycznej drodze francuskiej. Szczelina była głęboka, a most śnieżny budził wątpliwości. Przed nią jest jedno z nielicznych w miarę bezpiecznych miejsc do mijanki. To jest rejon drugorzędnego alpejskiego szczytu Rocher de la Tournette 4677m, w który w przeszłości dwa razy uderzyły samoloty pasażerskie.


Za lodową ścianką, ścieżka biegnie nad nią, jest stromo, trzeba być uważnym. W końcu można stanąć na ostatecznej grani, która doprowadzi do wierzchołka. Znowu robi się bardziej niebezpiecznie, ale gdy nie wieje wiatr nie jest źle. Jest wąsko, potężne przepaście na stronę włoską i francuską. Upadek na którąś z nich skończyłby się zapewne śmiercią. Następnie jest pagórek, który można nazwać przedwierzchołkiem, za nim do pokonania jest krótki odcinek stromego zbocza. Nadal grań, nadal wąsko i nadal nie można popełnić żadnego błędu ani się przestraszyć.


Zmierzając na najwyższy punkcik Mont Blanc, tuż przed nim, znowu pojawił się odcinek około 50 metrów, gdzie ledwo mieściły się buty obok siebie. Praktycznie 4800m wysokości, po bokach morze powietrza i pełne skupienie. Oglądane zdjęcia z tych fragmentów, zakłamują rzeczywistość. Na nich wygląda, że jest łagodniej i bezpieczniej niż w rzeczywistości było.


Dalej następuje spłaszczenie i oto jest szczyt, na którym całkiem sporo miejsca. Szczyt Mont Blanc jest pokryty lodowcem, nie ma na nim żadnych słupów czy innych znaków, ale nie ma też wątpliwości, że wyżej już się nie da.


Grań Bosses jest fragmentem dla kilku dróg wspinaczkowych, lecz co ciekawe, na pozostałych drogach końcowa partia podejścia na Mont Blanc jest dużo łatwiejsza i bezpieczniejsza – mniej stromo, szeroko (gdy wchodzimy od strony Aiguille du Midi czy Mont Blanc de Courmayeur).


Również co ciekawe, na opisywanej drodze trochę bezpieczniej jest po dużych opadach śniegu, wtedy w razie upadku, jest nadzieja by w tym śniegu utkwić, zatrzymać się, zanim nabierze się prędkości. Na początku września zbocza były bez świeżego śniegu, było twardo, lód. Dlatego nie można było sobie pozwolić na upadek.


Cudowna pogoda, niewiele osób na wierzchołku. Dobre 45 minut na nim spędziłem wraz z towarzyszami z Wrocławia. Władze Saint-Gervais-les-Bains oburzają się, że niektórzy robią sobie na wierzchołku nagie zdjęcia a to niby niebezpieczne. Może na Biegunie Południowym zimą tak, ale w taki dzień na Mont Blanc śmiało można leżeć cały dzień i się opalać nawet w stroju kąpielowym. Więc nie widzę żadnego zagrożenia w takich zdjęciach. W ogóle mam wrażenie że władze miasteczka to banda kretynów, wymyślających coraz głupsze rzeczy i opowiadające różne bzdury. Jak te, że tłumy podczas wspinaczki powodują agresję, ludzie chcą kogoś zrzucać do przepaści. Nic takiego nie zauważyłem. Przez wszystkie dni była kultura, świetna współpraca, dużo sympatii, powitań, podziękowań. Tak powinno być w górach. A gdyby jeszcze jakieś fajne dziewczyny rozebrały się na szczycie byłoby idealnie, ale ponoć nie można mieć wszystkiego. Ale można ze szczytu wysłać wiadomość czy zadzwonić do bliskich, bo jest zasięg telefonii komórkowych, internet też.


Nastał czas powrotu, a to zawsze trudniejsza połowa w zdobywaniu góry, a w eksponowanym terenie dużo trudniej się schodzi aniżeli wchodzi. Nie śpieszyłem się jednak, pilnowałem by każdy mój krok był pewny. Choć chwila rozkojarzenia i zahaczyłem rakiem o rak, doświadczenie uratowało mnie przed upadkiem w przepaść. Dalej na rozkojarzenie sobie już nie pozwalałem.


Bezpiecznie powróciłem do Vallota, zabrałem duży plecak i w dół. Chociaż przed Dome du Gouter i potem przed schroniskiem Gouter, są małe podejścia. Tam gdzie się dało zjeżdżałem sobie na tyłku, szkoda że nie wziąłem plastikowego jabłuszka. W rakach śnieżnym zboczem schodzi się długo, a na tyłku zjeżdża szybko. Ponownie zignorowałem odwiedziny Goutera, granią dotarłem do starego schroniska i w dół wzdłuż kuluaru. Bez pośpiechu, bo niby po co?


Przez te wszystkie dni często trudno było mi się powstrzymać od śmiechu. Bardzo dużo osób wchodzących na Blanka miało wpięte do szpejarek uprzęży potężne ilości sprzętu. Mimo że nawet jej nie trzeba jeśli człowiek nie wpina się w linę i nie stosuje techniki łączenia czekana z uprzężą poprzez taśmę. Jeszcze rozumiem przewodników, choć też śmiesznie wyglądali, jakby planowali zrobić najdłuższą drogę wspinaczkową w Układzie Słonecznym. Ale pozostali nie byli lepsi. Po kilka śrub lodowych i ekspresów, dwa razy tyle karabinków i taśm. Po kilka przyrządów asekuracyjnych, a nawet płaniety (małpa, jumar). Niektórzy mieli dwa kilogramy sprzętu wokół pasa, choć oprócz uprzęży wystarczyłby im jeden karabinek do wpięcia w nią liny. Ludzie mają narąbane w głowach.


Schronisko Gouter jest drogie, a jego zarezerwowanie trudne. Jednocześnie prowadzący informują, że jak nie masz rezerwacji, to cię nie przenocują. Chyba że jakieś łóżko jest wolne, ale wtedy zapłacisz więcej za nocleg bez rezerwacji. Spotkałem jednak Polaków, których za darmo przenocowano na podłodze w sali wstępnej, jak i w jadalni. Jedni i drudzy wspomnieli o niemiłym zjawisku, cytuję: „Francuzi zachowują się jak hołota i potrafią zahaczyć rakami śpiwór, mocno go uszkadzając”. Drudzy to samo zjawisko opisali następująco: Francuscy przewodnicy celowo rakami niszczą śpiwory, bo im nie pasuje, że tam śpimy za darmo i że ich nie wynajęliśmy”.


Poniżej 3800m rządziły chmury, gdy powyżej świeciło słońce. Bez niespodzianek dotarłem do trawersu Wielkiego Kuluaru, którego pokonanie było bezproblemowe. Zauważyłem że liczne grupy nawet na tym odcinku chodzą z asekuracją lotną (czyli tak jak na lodowcu związani są liną).


Na miejscu biwakowym Tete Rousse spotkałem licznie Polaków, rozmawialiśmy. Niestety sporo osób bez żadnego doświadczenia górskiego wybiera się na Mont Blanc, bo nie wiedzą jak wymagająca to góra. A Mont Blanc nie jest właściwym miejscem, gdy wcześniej było się najwyższej kolejką linową na Kasprowym Wierchu albo pieszo na Babiej Górze. Tutaj naprawdę można się zabić.


Czas mijał, zbliżał się wieczór, musiałem znaleźć miejsce na namiot. Ile zajęło mi zejście? Nie mam pojęcia. Nie było pośpiechu, toteż nie interesowałem się tym. Robiłem sobie różne postoje, całkiem długie. Ale po szesnastej z pewnością było, a ze szczytu w dół ruszyłem mniej więcej około jedenastej.


Namiotów rozstawionych stało znacznie więcej niż dwa dni wcześniej. Po okresie złej pogody jedna duża tura ludzi powalczyła o Mont Blanc, mniej lub bardziej skutecznie, a teraz przyszła kolejna. Dnia następnego miała być też bardzo dobra pogoda, a potem dwa dni paskudnej, i znowu dwa dobrej.


Na koniec artykułu warto podać kilka informacji. Mont Blanc (Monte Bianco, Biała Góra) położony jest w Alpach Graickich, we Włoszech i Francji. Jest mocno zlodowaconym masywem o powierzchni lodowców sięgającej ok. 200km2. Jest najwyższym alpejskim szczytem i europejskim, choć trwa spór. Środowisko górskie często kaukaski Elbrus stawia na pierwszym miejscu, który według umownej granicy międzykontynentalnej jest w Azji. Pierwsze wejście na Mont Blanc odnotowano w 1786 roku (Balmat, Paccard), a przez grań Bosses (Ridge Bosses) w 1861r.


Na zdjęciach: droga od schronu Vallot po wierzchołek Mont Blanc, powrót do Vallota i dalej zejście do schroniska Gouter (na zdjęciach nowe oraz stare) i sąsiedztwa schroniska Tete Rousse wzdłuż i przez Wielki Kuluar. Fragmenty graniowe, które widać na zdjęciach, nie oddają jak wąska była miejscami ścieżka i strome zbocza po bokach. Ponadto pomiar GPS wskazujący 4811m, z błędem do 2m. 


Znajdź mnie

Reklama

Absolwent XXI wieku

Image

Subskrybuj Mój Newsletter

Informacje o aktualnych wyprawach i wydarzeniach

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Search