Blog

Blog

ISLANDIA – wejście do krateru z którego niedawno płynęła lawa

Czy aby pomysł, by wejść do otworu erupcyjnego z którego niedawno płynęła lawa jest na pewno dobrym pomysłem? Tak, choć rozsądnym i bezpiecznym z pewnością nie jest. FILM Z ERUPCJI - ILE STOPNI MA LAWA (YOUTUBE).

Pogoda dopisywała, ale spać jakoś się nie chciało. Raz leżałem, raz drzemałem. Nad wulkanem ciągle latały helikoptery i samoloty wycieczkowe, huk był spory. Wiatr umiarkowany, a słońce czasami nagrzewało trochę namiot. Codziennie coś tam kropiło, ale tego dnia jak i poprzedniego trudno to było nazwać opadami deszczu. Mogłem dalej się suszyć. Zaplanowana wycieczka była ostatnim elementem układanki potrzebnej do zrealizowania moich planów. Wycisnąłem z tego pobytu wszystko co mogłem. Miałem dużo szczęścia co do aktywności wulkanu i pogody. Trzymałem kciuki za kolejne 24 godziny.

Z przygotowanym sprzętem wystartowałem o 18:00. Plan był dosyć niebezpieczny, choć nie tak spektakularny jak w poprzednie dwa dni, gdy pełno czerwonej lawy. Teraz miało jej być niewiele, za to miałem wędrować po nie do końca zastygłych polach lawowych i wejść do jednego z wygasłych otworów erupcyjnych.

Tej nocy czekała mnie trasa o połowę krótsza, ale o kilka poziomów bardziej niebezpieczna. Postanowiłem wejść na otwór erupcyjny nr 2 (najbardziej wysunięty na północ), dosyć mocno się wyróżniający. Już zastygły. Z tego otworu, a w zasadzie z systemu trzech otworów lawa zaczęła wypływać na początku kwietnia (prawdopodobnie od 5 kwietnia). Nie płynęła długo, ale pokryła okolicę. I połączyła się z lawami z innych otworów, w kolejnych dniach utworzyły się cztery. Otwór, szczelina erupcyjna nr 2 powstała w najwyżej położonej części doliny Geldingadalur, blisko partii szczytowych masywu Fagradalsfjall. W przeciwieństwie do pozostałych otworów, które utworzyły się trochę niżej. Otwór numer 2 okazał się drugim co do wielkości z całej powstałej szóstki. Niezmiennie największy, najwyższy i najbardziej wydajny okazał się otwór numer 1 (tzw. główny otwór erupcyjny, który powstał 19 marca 2021). Gdy pozostałe działały krótko, ten pierwszy okazał się tym najważniejszym, „plującym” lawą przez wiele miesięcy, także w czerwcu. Na początku lawa z otworów rozlewała się po dolinie Geldingadalur, by następnie skierować się ku dolinie Nátthagi i Meradalir. Obie odwiedziłem dzień wcześniej. Istotniejsza jest pierwsza w z nich bo najbliżej drogi i oceanu. Ta druga jest bardziej w głębi półwyspu Reykjanes, gdzie brak infrastruktury jakiejkolwiek, tylko pustynie wulkaniczne. I najlepiej by tam płynęła lawa. Pomieściłyby się w niej ogromne jej ilości. A za nią podobne dzikie tereny. Otwór nr 2 położony blisko Meradalir, wyprodukował lawę, która także skierowała się do tej doliny, podobnie jak z pozostałych otworów. W połowie czerwca dolina została wypełniona jedną warstwą świeżej lawy, jeszcze gorącej, ale w opisywanych dniach płynęła do Geldingadalur i Nátthagi. Nie mniej, kolejne miesiące miały uczynić Meradalir głównym ujściem dla lawy z wulkanu. Przyrastały kolejne warstwy.

Dotarłem do świeżej lawy z otworu numer dwa. Zastygłej, ale jeszcze ciepłej, miejscami gorącej z wydobywającymi się gazami. Jej wiek to około 2 miesiące. Taka lawa, miejscami przepalona, bardzo krucha i połamana jest trudnym wyzwaniem. Ostra, niestabilna, można się zapaść do starych kanałów lawowych, gdzie temperatura i ilość gazów stanowią śmiertelne zagrożenie. Do pokonania miałem 200 metrów pod górę. Niewiele, lecz w tych warunkach poruszałem się bardzo wolno. Trudno było utrzymać równowagę. Co drugi krok kończył się koniecznością ratowania się przed upadkiem, które też się zdarzały. Wpadłem do kilku starych tuneli lawowych, bo stropy pod moim ciężarem zawaliły się. Nie było jednak głęboko. Lawa była coraz cieplejsza, coraz częściej czułem gazy wulkaniczne. Nie było jednak bardzo niebezpiecznie, wiatr rozwiewał gaz. Lawa ostra jak noże, na szczęście krucha. Nie mniej każdy upadek kończył się stratami w sprzęcie. Podarte spodnie, podarta kurtka, połamany kijek, zniszczone rękawiczki, ostra lawa cięła moją skórę. Szybko znikający bieżnik butów, do tego lawa uszkodziła materiałowe boki, robiąc dziury prawie na wylot. A to niby tylko ok. 1,5 kilometra – bo tyle łącznie pokonałem po świeżej lawie. Wędrując dzień wcześniej skrajem pól lawowych, łatwo było uciec na bezpieczną ziemię. Tutaj nie i nie dało się tego zrobić szybko. Ubrany w ciemnych kolorach byłem mało widoczny, gdyby jakimś przypadkiem ktoś mnie zauważył z licznych wyżej położonych okolicznych miejsc. W jednej z dziur się skryłem, gdy nad wulkanem krążył helikopter z turystami, nowa popularna wycieczka. Jeszcze pilot powiadomiłby jakieś służby nie wiadomo po co, a ja musiałbym się tłumaczyć. Moim celem było nie tylko wejście na szczyt otworu numer dwa ale i wejście do środka. Czym byłem bliżej tym lawa bardziej przepalona i zmieniająca kolory na żółte, brązowe i czerwone. Gdy już było bardziej stromo i bardzo sypko, robiłem dwa kroki do przodu a cztery się zsuwałem. Zaliczyłem kilka poważnych upadków. Czułem jak z ran na nogach i rękach płynie krew, dłonie już miałem całkiem pocięte. Mocno chroniłem aparaty i ich obiektywy, bo w takich miejscach można bardzo łatwo zniszczyć sprzęt. Niestety jeden z upadków tak porysował obiektyw jednego z aparatów, że musiałem go później wyrzucić. Drugi kijek też połamałem. Trzy godziny wędrówek po świeżej lawie a strat dwa tysiące euro. Zaskoczyło mnie to? Skądże. To standard. Wulkany niszczą wszystko, straciłem na nich setki kilogramów sprzętu, kilkadziesiąt aparatów fotograficznych. Czasami sobie myślę, że od początku Projektu 100 Wulkanów zniszczyłem na nich tyle sprzętu, że gdybym nie wydał tych pieniędzy, kupiłbym mieszkanie w dużym polskim mieście. A przecież część sprzętu dostarczyli sponsorzy, w zamian za działania marketingowe, testy, różne materiały z wypraw. To jest specyfika aktywnych wulkanów. Sprzęt w zwykłych górach, nawet wysokich, choć się zużywa i ulega zniszczeniom, służy znacznie dłużej. Na młodych wulkanach traci swoje właściwości i przydatność bardzo szybko. Każda większa wyprawa wulkaniczna zmusza mnie do całkowitego odtworzenia sprzętu górskiego i elektronicznego.

Dotarłem na kruchy i sypki wierzchołek otworu erupcyjnego nr 2, zszedłem do środka, głębokość wynosiła tylko niecałe pięć metrów. Ciepło było mocno wyczuwalne, atmosfera średnio przyjazna do oddychania. Teren niewdzięczny. Więcej leżałem niż stałem. Patrząc w kierunku otworu nr 1, częściowo brakowało jednej ściany, głównie tędy wydostawała się lawa. Popękana skorupa otworzyła widok na kanały wulkaniczne. Gdyby lawa przyrastała kolejnymi warstwami albo chociaż byłaby twardsza, zamieniałby je w jaskinie. To fantastyczne uczucie będąc w środku nazwijmy umownie krateru, z którego wydobywała się tak niedawno lawa. Miałem wspaniałe scenerie na rząd pozostałych otworów i na całą dolinę Geldingadalur, pokrytą już w większości lawą. Na samym początku erupcji ludzie dochodzili pod same otwory, teraz cała okolica była zalana świeżą lawą i niedostępna do czasu aż porządnie zastygnie. MATERIAŁ FILMOWY - YOUTUBE.

Otwór erupcyjny, szczelina erupcyjna, stożek rozpryskowy, krater. Większość ludzi wie tylko tyle, że lawa wydobywa się z kraterów. Inne pojęcia są im nieznane. Dla większości otwory erupcyjne wulkanu Fagradalsfjall wyglądają jak kratery. A są to otwory szczelinowe otoczone stożkiem rozpryskowym (lawa rozpryskuje się wokół). Które wyglądają jak stożek z dziurą więc automatycznie nasuwa się słowo krater. Faktycznie, kratery są otoczone większym lub mniejszym stożkiem i wyglądają podobnie, mają też taką samą funkcję jak otwory erupcyjne – wydobywa się z nich lawa, gazy. Przy czym kratery wulkaniczne dzielą się na różne typy, są wśród nich takie, z których lawa się nie wydobywa. Znajdziemy je wszystkie na Islandii, ale Fagradalsfjall to wulkan szczelinowy i otwory z których wydobywa się lawa to szczeliny (szczeliny erupcyjne, otwory szczelinowe, fissure vent, czasami też nazywane kraterami szczelinowymi). Pojęcie otwór erupcyjny jest bardzo ogólne, de facto można pod tym pojęciem umieścić i otwory szczelinowe i kratery. Przy czym definiuje ono miejsce z którego wydobywa się lawa, ale nie określa jego typu. Zjawiska wulkaniczne to temat złożony i rzeczywiście niektóre otwory erupcyjne trudno jednoznacznie zakwalifikować. Dosyć charakterystyczne dla takich wulkanów jak Fgradalsfjall jest to, że szczelin jest co najmniej kilka, że erupcje są wypływowe, wybuchowe zwykle tylko na początku. I jeśli lawa z nich płynie bardzo długo – dziesiątki, setki, tysiące lat - rozlewa się wokół równomiernie, może doprowadzić do powstania wulkanu tarczowego – o bardzo płaskich zboczach. Islandia jest jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie na tak niewielkim obszarze znajdziemy wszystkie podstawowe typy wulkanów: stratowulkany, tarczowe, szczelinowe.

Zadanie wykonałem, dokonane obserwacje były bardzo ciekawe. Mogłem wracać. Ale wpadłem na jeszcze jeden pomysł. Pomiędzy otworem nr 2 a stożkiem Stórihrutur był niewielki pagórek niezalany przez lawę, bardzo blisko stożka otworu nr 1. Widać na nim było rozstawione m.in. sejsmografy. Choć teraz nie dało się już do niego dojść ani dojechać samochodem, pozostał tylko helikopter. Ale nie miałem helikoptera, więc pozostało mi przejść przez szeroką rzekę lawy, która wypełniła dolinę Meradalir. Zastygła nie do końca lawa pochodziła z otworu nr 1 i ciężko było określić jej wiek. Na pewno mniej niż dwa miesiące, może miesiąc. W razie problemów w tym miejscu ciężko byłoby się z nich wydostać. Ruszyłem powoli, ostrożnie. Czułem ciepło pod butami, lawa parowała, znowu się wywracałem i spadałem do zastygłych kanałów lawowych, gdzie miejscami lawa bazaltowa jeszcze się czerwieniła, jeszcze zastygała. Ale czułem się całkiem bezpiecznie, docierając nie pagórek, gdzie zgromadzone było sporo sprzętu. Z niego miałem świetny widok na szare ściany otworu nr 1, z którego wydobywał się dym, ale lawa nie miała siły wystrzeliwać ponad stożek. Nawet podszedłem po lawie kawałek w jego kierunku mając wyśmienitą możliwość obserwacji. 200-300 metrów i byłbym na jego szczycie, lecz to byłaby misja samobójcza. Lubię ryzyko, czasami ekstremalne, ale samobójcą nie jestem. Choć to ryzyko też jest niebezpieczne dla życia, ale daje realną nadzieję, że się uda wyjść cało.

Praktycznie tą samą trasą przez oswojone świeże pola lawowe wróciłem na starą część masywu Fagradalsfjall, by wrócić do namiotu o północy. Zadowolony z wykonanego zadania. Przez ostatnie dwa dni udało mi się zrobić dużo więcej niż oczekiwałem przed przyjazdem tutaj, zobaczyłem też znacznie intensywniejsze zjawiska wulkaniczne niż się spodziewałem po tylu tygodniach od startu erupcji. Pogoda również była łaskawa. Dobra widoczność, prawie nie padało, choć codziennie trochę jednak tak, ale też wychodziło chwilami słońce a wiatr był umiarkowany. Moje rzeczy nie całkiem ale wyschły. Trochę wody do picia jeszcze miałem. Kolejnego dnia pozostało mi dojść do Grindavik.

Islandia relacja – koniec artykułu 4/6. Tak na marginesie w zakładce filmy na stronie oraz na moim kanale na Youtube, można znaleźć sporo filmów z tego i innych wyjazdów na Islandię, w tym erupcję wulkanu.

NA ZDJĘCIACH ISLANDIA: 1-5) otwory erupcyjne, które na początku zostały oznaczone numerami od 1 do 6 (w zależności od daty powstania), a wśród danego otworu wyróżniano czasami więcej niż jeden otwór. Dziwnie to brzmi, więc dla osób niezagłębionych w temacie wulkanów przedstawię to w prostszy sposób. Numer otworu erupcyjnego, to tak naprawdę szczelina w ziemi, z której wydostaje się lawa, a ta szczelina może mieć kilka otworów czyli ujść lawy z wnętrza ziemi. Erupcja przekształcała wygląd otworów i po pewnym czasie dwa najbardziej wyróżniające się to były otwór nr 1 (na zdjęciu nr 4 widziany z otworu nr 2) i nr 2 (zdjęcie nr 1). Zdjęcie nr 5 w lewym dolnym roku przedstawia to co zdjęcie nr 4, a w prawym dolnym rogu widać otwór nr 2. W jego lewej górnej ćwiartce widzimy otwory erupcyjne pomiędzy otworem 1 a 2, a prawa górna ćwiartka przedstawia otwór erupcyjny widoczny najbliżej głównego otworu nr 1 od strony szczytu Fagradalsfjall. I tutaj należy wspomnieć, że otwory nie ukształtowały się w jednej linii w kierunku stożka Keilir, stąd od strony stożka Stórihrutur (z drugiej strony) widzimy inną mapę otworów erupcyjnych. To o czym piszę ma znaczenie, bo mające tego świadomość, na zdjęciu nr 2 widzimy otwory nr 3 (bliżej otworu nr 1) i 6. Zdjęcie nr 3 przedstawia otwór nr 3 w partii szczytowej. Muszę też wspomnieć, że do numeracji otworów przyjąłem mapkę prezentowaną przez wartościowe źródło volcanodiscovery.com, ale inne podmioty, inni ludzie, potworzyli swoje mapki z inną liczbą otworów erupcyjnych, inną numeracją, z innymi datami powstania (np. główny otwór u mnie nr 1, potrafi mieć nr 5). Zdjęcia nr 6 i 7 to lawa o różnej lepkości wypływająca z otworu nr 1, a zdjęcie nr 8 to autor na młodym polu lawowym w pobliży otworu erupcyjnego nr 2. Na zdjęciu nr 9 widać moich partnerów, zarówno w działaniach Projektu 100 Wulkanów, jak i w działaniach wyjazdowych (PortalGorski.pl i SklepGorski.pl., ubezpieczenie górskie Bezpieczny Powrót, widać okładkę mojej książki o wulkanach wydanej przez wyd. Bezdroża, a dzięki Sunsarze znalazłem się w tym czasie na Islandii). Ale dostrzeżemy tam również wodospad w pięknym kanionie Múlagljúfur i lodową jaskinie w lodowcu Breidamerkurjökull (jaskinia też na zdjęciu nr 10, część Vatnajokull) – oba miejsca są blisko lodowej laguny Jökulsárlón. Ten sam lodowiec zobaczymy w prawej górnej ćwiartce zdjęcia nr 12, a lewa dolna ćwiartka to góra lodowa pływająca po lagunie. Natomiast lewa górna ćwiartka to lodowiec Fjallsjokull wpływający do laguny lodowej Fjallsarlon. A prawa dolna ćwiartka to lodowiec Skaftafellsjokull. Wszystkie wymieniona nazwy to fragmenty lodowca Vatnajökull. Zdjęcie nr 12 to krater Hrossbarog, w którym Tom Cruise kręcił sceny do filmu sci-fi Oblivion (2013).


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2022 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search