Blog

Blog

Reykjavik i Muzeum Penisów (Islandia)

Zabytkowy budynek Hofdi, znany m.in. ze spotkania w 1986r. M. Gorbaczowa i R. Reagana, które przyczyniło się do zakończenia Zimnej Wojny.
Większość 9-go dnia (31 maj) miałem spędzić w Reykjaviku. Musiałem sobie jakoś zająć czas, a wszystko co mnie interesowało zobaczyłem w islandzkiej stolicy. Pogoda się poprawiła, dużo słońca lecz chmur przybywało, wiatr ciągle silny. Pierwotnie chciałem się spakować, zostawić plecak na kilka godzin i wrócić po niego. Lecz chłopak w recepcji powiedział, że mogę schować w odpłatnej skrytce, 500 koron za pół dnia. 14zł to niewiele, ale zasady są ważniejsze. Ponadto na mój dobytek potrzebowałbym dwóch skrytek i po wyjęciu musiałbym wszystko dopiero pakować.

Możliwość zostawienia plecaka na kilka godzin na polach namiotowych czy w hostelach zwyczajowo jest bezpłatna - i takich standardów się trzymam. Pole w Reykjaviku jest jednym z najdroższych w Islandii (1700 koron, blisko 50zł) i żądanie pieniędzy za możliwość pozostawienia plecaka na kilka godzin jest najzwyczajniej niegrzeczne. Wobec powyższego, postanowiłem pójść na miasto, wrócić i dopiero się spakować, mając nadzieję, że uszkodzonemu namiotowi wiatr dalszej krzywdy nie zrobi.

Abstrahując od opisanej przed chwilą sytuacji, pole namiotowe w Reykjaviku nie przypadło mi do gustu, a planowałem na nim jeszcze co najmniej dwa noclegi. Po jednej nocy uznałem, że znajdę sobie lepsze miejsce aniżeli Reykjavik Campsite. Zbyt dużo wad dla mnie miało to pole namiotowe, a nie byłem zmuszony, w przeciwieństwie do Skaftafell, tutaj nocować. Drogie, bez klimatu, z marną trawą, w remoncie - to są drobiazgi. Pole jest duże, na 650 osób, dlatego prysznice i toalety musiały być w większej ilości (na rzekome 1000 osób w Skaftafell były dwa prysznice przy parkingu i zdaje się dwa przy postoju dla camperów). Wybudowano w tym celu taki barakowy budynek z lekkich materiałów. Dosyć marnej jakości. Tu nierówna podłoga i woda stojąc pod prysznicem, tam muszla klozetowa zamontowana tak blisko drzwi, że siedząc na niej trudno je zamknąć. Lecz to również drobiazg, jak i odległość od centrum, z drugiej strony obok jest basen. To, że prawie wszystko jest płatne, w Islandii nie dziwi, np. pralnia i suszarnia po 750 koron, a śniadanie za 1550 koron (100koron = 2,70-2,80zł). Za to w cenie jest WiFi i dostęp do dwóch komputerów, dostęp do kuchni i prysznica.

Nie mniej, jedna rzecz zdyskwalifikowała dla mnie to pole namiotowe. Główny budynek mieści recepcję, jadalnię, komputery i kuchnię. Jadalnia i kuchnia na wszystkich innych pola namiotowych w Islandii była dostępna 24 godziny na dobę. To tutaj niezbędne. Długie dni wiosną i w lecie, kraj dla aktywnych, ludzie przyjeżdżają na pole (zmęczeni oraz głodni) i wyjeżdżają przez całą dobę o różnych godzinach. A w Reykjaviku kuchnia i jadalnio-recepcja, zamknięte były od 12 do 16 i od 22 do 8. Przez 14 godzin na dobę (bynajmniej nie widziałem by ktokolwiek tam sprzątał w tym czasie)! Przy moim stylu podróżowania, gdy wyjeżdżam wcześnie rano, wracam późno wieczorem albo w środku dnia, nie miałbym wcale dostępu do kuchni! Więc po co mi takie pole namiotowe za 50zł? Po nic! Takiej bzdury jak tutaj nie widziałem. Żeby tak ograniczać dostęp do kuchni. Mimo że pole było prawie puste, rodziło to mnóstwo problemów, Co chwilę ludzie odbijali się od zamkniętych drzwi, nie mięli jak zapłacić za pole namiotowe. Jak zabrać swoje rzeczy pozostawione w kuchni. Gdy kuchnię otwierano, robiła się kolejka i ciasno. Nobel z głupoty, dlatego kto to wymyślił! Typowe islandzkie lenistwo i chodzenie na łatwiznę, o czym już pisałem i parę razy jeszcze napiszę, przy całej mojej sympatii dla Islandczyków.

A propos pól namiotowych i hosteli, to są w nich zazwyczaj półki, nieraz też w lodówce (nie było jej na campingu w Reykjaviku), gdzie zostawia się miejsce na produkty, których nie potrzebujemy a są zdatne do użytku. Oddajemy je innym użytkownikom za darmo. Kartusze z nie całkiem wykorzystanym gazem, makaron, ryż, dżem, herbatę, przyprawy i tak dalej. Wszystko czego nie użyliśmy, a nadaje się do wykorzystania możemy zostawić dla innych. Przy czym, generalnie nie dotyczy to Polaków. Dlaczego? Bo najczęściej jesteśmy biorcami a nie dawcami. Słyszałem od wielu rodaków, że dzięki takiemu darmowemu jedzeniu zwiedzali Islandię i nic nie wydali na gaz czy produkty spożywcze, może za wyjątkiem chleba (w sklepach dominuje tostowy i tym podobne). Aczkolwiek czasami robili coś co mi się nie podobało. Nie tylko celowo unikali płacenia za pole namiotowe, ale na dalszą drogę zabierali wszystko z kuchni, co pozostawili inni. Pełne półki, kosze, potrafili ogołocić do zera. Z tym niepłaceniem to stosowali takie metody, albo gdy szedł pracownik po pieniądze udawali, że ich nie ma w namiocie albo rano szybko się z niego zrywali zanim ktoś przyszedł po opłatę. Przy czym, na wszystkich polach są informacje, by samemu zgłosić się do płacenia, w tym i w tym miejscu. Opiera się to na zasadzie zaufania. Przychodzisz, korzystasz, to i płacisz. Część naszych rodaków jednak uważa, że są sprytni, bo spali na iluś polach namiotowych, nie płacąc ani grosza, i na cały pobyt za darmo pozyskali jedzenie oraz gaz. Niestety inni turyści to widzą i dobrej opinii o naszej nacji sobie nie wystawiamy.  

                      island food

Ruszyłem do centrum znaną mi drogą. Na Laugavegur, w części jeszcze "przedturystycznej" odwiedziłem The Icelandic Phallological Museum czyli Muzeum Penisów (1250 koron, ok. 35zł, są zniżki, m.in. dzieci poniżej 13 lat, gdy zwiedzają z rodzicami, nie płacą nic - nie ma w muzeum nic zdrożnego). Jest niewielkie, ale stanowi jedną z osobliwości Reykjaviku. Chwalą się zbiorem ponad dwustu penisów i części prącia, należących do niemal wszystkich islandzkich ssaków lądowych oraz morskich. W tym wielorybów, niedźwiedzia polarnego, morsa, człowieka. Z innych części świata okazy są również. Największe zgromadzone w muzeum mają po kilka metrów długości. Błękitne wieloryby mają największe penisy, trochę mniejsze słonie afrykańskie. W sklepiku można kupić różne pamiątki z motywem penisów, np. koszulkę z nadrukiem (3000 koron, ok. 80zł, 100koron = 2,7-2,8zł), penisy z drewna albo krowich rogów (nawet po 8000koron), maskotki z penisami (5900koron), magnes (800koron), kubek (2000koron), kieliszek (500koron) i inne. Islandzkie muzea za każdym razem robią na mnie bardzo przeciętne wrażenia, ale gdy widziało się obiekty z najbogatszymi na świecie zbiorami, trudno się zachwycać tutejszymi. Ponadto dla faceta dziwnym uczuciem jest spacerowanie pośród tylu odciętych penisów. Istne barbarzyństwo. Przypuszczam, że paniom muzeum może się spodobać, ja bym wolał muzeum z innymi częściami ciała, innego ludzkiego gatunku. Przez kolejne godziny spacerowałem po centrum, zerknąłem do paru sklepów pamiątkowych albo inaczej z drogim badziewiem. Pospacerowałem nad Atlantykiem, koło portu, by wrócić na pole namiotowe. Tam składanie namiotu, pakowanie i w drogę ku terminalowi BSI. Część drogi pokonałem pieszo, część autobusem. Musiałem się pozbyć biletów, mini karteczek. Gdy kupujemy bilet w autobusie i nie mamy zgodnych, resztę dostajemy w biletach. Jeżdżąc po Reykjaviku zapłacimy 400 koron (11zł) - jeden kartonik, ale już dalsze trasy to kilka kartoników, a bardzo dalekie to nawet kilkadziesiąt.

Przed 18:00 dostałem się do BSI, pogoda się popsuła, kropiło czasami. Trochę później wszedł młody chłopak z kluczykami i papierami do mojego samochodu. Niedługo przed wyjazdem na Islandię wynająłem sobie małe autko terenowe, Suzuki Jimny (generalnie dwuosobowe, a bez większych bagaży i czteroosobowe). Gdybym szukał, rezerwował z dużym wyprzedzeniem, najlepiej na wiele dni, zapłaciłbym pewnie taniej, ale i tak nie było źle - jak na Islandię. Koszt na dobę wyniósł 9750 koron (285zł) z ubezpieczeniami, plus paliwo. Płatność kartą. Jakbym miał stracić ileś godzin czasu na szukanie lepszej oferty, by zaoszczędzić 100zł, nie miałoby to sensu. Przy tylu tysiącach, które wydałem rok wcześniej i zbliżonej sumie, którą planowałem wydać tym razem, taka kwota była niezauważalna. Ambitne wyznaczone cele musiały kosztować, a na dotarciu do nich nigdy nie oszczędzam, w sensie nie rezygnuję z nich. Płacę tyle ile muszę, starając się zawsze, by kwoty były racjonalne.

Przedstawiciel wypożyczalni (na Islandii są ich dziesiątki) tłumaczył mi czego nie mogę, wyszło że prawie niczego, informował o zamkniętym interiorze z zakazem wjazdu. I takie tam. Musiał to zrobić, a ja musiałem większość z nich zignorować. Takie życie podróżnika. Dostałem plik papierów ostrzegawczych, umowę do podpisania, kluczyki i w drogę. Nie pytał o moje prawo jazdy, nie dał mi dowodu rejestracyjnego, a ponadto w skrytce zostawił kluczyki do swojego auta. Dzwonił, gdy byłem daleko od Reykjaviku.  Na Islandii oferują mnóstwo dodatkowych ubezpieczeń, część ma sens, część praktycznie go nie ma, jak ryzyko kradzieży czy ochrona przed popiołem wulkanicznym, gdy nie ma dużej erupcji na wyspie. Warto mieć takie ubezpieczenia, które nas ochronią przed uszkodzeniem szyb, kloszy świateł i nadwozia od kamieni, obniżą wkład własny za naprawę, gdybyśmy rozbili samochód, przy czym nie chodzi tylko o wypadek, ale także o sytuację, gdy wiatr nas zwieje z drogi albo wpadniemy w poślizg. Islandzkie firmy w większości chcą płatności kartą, a jeżeli przyjmą gotówkę, to i tak chcą danych z karty. Jak uszkodzimy samochód albo dostaniemy mandat z fotoradaru, to będą mogli łatwo ściągnąć pieniądze, o ile mamy na koncie środki.

Auto miało dobre kilkanaście lat, opony wielosezonowe oraz duże luzy na kierownicy. To generalnie normalka gdy wynajmujemy terenówkę niskobudżetową na Islandii. Rok wcześniej Suzuki Grand Vitara miała podobne dolegliwości. Kierownica Jimny`ego mocno drżała przy niższych prędkościach, dopiero od 100 kilometrów na godzinę dobrze się jechało. Czyli nie było problemu. 100-120km na godzinę to moja zwyczajowa prędkość na Islandii, tak samo jak Islandczyków, chociaż normalnie jest 90km/h (na szutrach 80km/h). Drogi jedne i drugie pozwalają na bezpieczną dużo szybszą jazdę. Mam na myśli ważniejsze arterie. Turyści obawiając sie wysokich mandatów, poza rejonem Reykjaviku ryzyko kary jest minimalne, jeżdżą w większości przepisowo. Myśmy z ekipą rok temu również próbowali tak pierwszego dnia. Ale po tamtejszych głównych drogach nie da się jechać 90km/h, to tak jakby stać w miejscu. Od drugiego dnia jeździliśmy normalnie, ponad setką. A na trudnych off-roadowych traktach 10km/h - jak to w Islandii. Jeden ze spotkanych Islandczyków powiedział, że u nich można o 10% przekroczyć dozwoloną prędkość bez konsekwencji. Policja na ogół do 110km/h się nie czepia na niezurbanizowanych trasach. Przy wyższych prędkościach bywa, że jak na trasie spotkasz patrol - bardzo rzadka sytuacja - czasami mrugną tylko światłami, byś zwolnił. Najniższy mandat to ponoć równowartość około 50 euro, najdroższy to 700 euro (przy bardzo poważnych wykroczeniach ponad 1000). Przy czym jak będziesz jechał bardzo szybko, np. 150km/h to jest duże ryzyko, że ktoś zadzwoni na policję i wyślą patrol, by cię odnaleźć i ukarać. W Islandii w rejonach miejskich trafi się fotoradar, spora aktywność policji jest w rejonie Reykjaviku, wyłącznie z motorami i autami z videoradarami. Turystów przybywa na Islandii i policji też do pilnowania porządku. Poza najbardziej zatłoczoną południowo-zachodnią Islandią nigdzie nie widziałem policyjnych radiowozów.

Suzuki wypożyczyłem na dwie doby, bo miałem dwa cele, czasochłonne. Nie miałem czasu do stracenia. Tego dnia musiałem dojechać do miasteczka Stykkishólmur na półwyspie Snaefellsnes. 170km do przejechania. Opuściłem zatłoczone kilkupasmowe arterie Reykjaviku i kierowałem się drogą nr 1 na północ. Przejechałem podmorskim tunelem pod zatoką Hvalfjordur (5770m dł., 165m pod pow. morza, opłata 1000koron (27-28zł) płatna na brzegu od strony Akranes) a w miasteczku Borgarnes zatankowałem do pełna (auto dostałem z bakiem pełnym do połowy). Zrobiłem zakupy na stacji (w niedzielę inne sklepy były pozamykane) i zjadłem hamburgera z frytkami za jedyne 60zł,  2000 koron z kawałkiem. Ceny w sklepikach przy stacjach benzynowych są kilkukrotnie wyższe niż w supermarketach. Benzyna 95oktanowa kosztowała 224,6 koron za litr (6,80zł, diesel kosztował 214,3 koron za litr, 6,50zł).

Tylko nieliczne stacje dopuszczają płacenie gotówką za paliwo, zazwyczaj te większe i położone w większych miejscowościach. Najczęściej trzeba zapłacić albo kartą kredytową albo wcześniej kupić kartę prepaidową np. na 5000, 10000 koron. Oferuje je choćby N1 - największa sieć stacji w Islandii. Płacenie kartami jest proste i wygodne. Nie ma co się obawiać. Płacąc kartą prepaidową tankujemy tyle ile potrzebujemy, jak zostanie nam gotówka na karcie możemy użyć jej później, aż do wyzerowania. Gdy używamy karty debetowej/kredytowej nasz bank może nam niekorzystnie przeliczyć waluty, wtedy bardziej opłacalne może się okazać używanie kart prepaidowych kupionych za gotówkę, po wcześniejszej wymianie waluty w kantorze. Tylko o ile kartą płatniczą zapłacimy na wszystkich stacjach, o tyle kartą prepaidową na stacji danej sieci.

  • Na zdjęciach:
  • 1-7) Reykjavik i widok z okolic centrum.
  • 8-16) Muzeum Penisów w Reykjaviku.
  • 17-26) Ulice Laugavegur i Skólavordustigur, centrum Reykjaviku i okolice.
  • 27-28) Tunel pod zatoką Hvalfjordur.
  • 29-33) Pomiędzy Akranes i Borgarnes.
  • 34) Hamburger z frytkami na stacji benzynowej w Borgarnes, jedyne 60zł.
  • 35-41) Przykłady stacji benzynowych w Islandii oraz znaku drogowego w północnej części drogi nr 1 (koło jez. Myvatn).
  • 42) Suzuki Jimny wypożyczony w 2015.
  • 43-44) Suzuki Grand Vitara wypożyczony w 2014.


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search