Blog

Blog

ISLANDIA - słynna wyspa Flatey, Półwysep Snaefellsnes, Stykkishólmur

Latarnia morska przy porcie w Stykkishólmur i zatoka Breidafjordur.

W Borgarnes skręciłem na drogę nr 54, jechałem nią także w 2014 roku. Zaczęły się pustkowia. Prawie zero zabudowy i samochodów na drodze. Silny wiatr od oceanu. W Polsce wystarczy, że jest stodoła przy trasie i zaraz jest znak - teren zabudowany, w Islandii przy mniejszych miejscowościach, często pozwala sie jechać pełną prędkością 90km/h, dodając jakiś znak ostrzegawczy, że na przykład przez 200 metrów przy drodze mogą być ludzie. Mądre.

Poruszałem się z prędkością 100-130km/h. A i tak wszyscy mnie wyprzedzali, przy czym wszyscy, to kilka samochodów, innych nie było. Duże islandzkie terenówki, miejscowych. Zatrzymałem się na spacer po najmłodszym polu lawowym na półwyspie Snaefellsnes, pochodzącym z około 900-1000r. n.e. i umiejscowionym w rejonie wulkanów Eldborg i ljósufjöll. Z drogi nr 54 skręciłem na 56, by przedostać się na druga stronę półwyspu. Znalazłem się w niewysokim terenie górskim z płatami śniegu po bokach. Świeciło słońce, ale gęste chmury zapowiadały deszcz. Ze względu na cudowne widoki zatrzymałem się w tej okolicy kilka razy. Między innymi nad jeziorem Baularvallavatn i na parkingu, gdzie stoły i siedziska zrobiono z wykorzystaniem bazaltowych słupów. Ponownie wjechałem na drogę nr 54, a końcówkę pokonałem drogą 58 i przed 22:00 dotarłem do Stykkishólmur, położonego na końcu niewielkiego półwyspu. Za plecami miałem mocno zaśnieżone górskie pasmo. Potrzebowałem ustalić kiedy płynie pierwszy prom na wyspę Flatey kolejnego dnia? Według mojej wiedzy, 1 czerwca rozpoczynał się sezon letni na tej linii promowej i zamiast jednego kursu, miały być dwa na dobę, w tym poranny. Niestety w budynku przewoźnika nikomu nie chciało się wywiesić nowego rozkładu. Pozostał ten kończący się na 31 maja. To kolejny przykład lenistwa i byle jakości Islandczyków. Zbyt trudne okazało się wydrukowanie jednej kartki i przyklejenie na szybie. Islandczycy wiedzą, że tacy są, leniwym i niezbyt rozgarniętym narodem, nigdy im się nie śpieszy - nieraz o tym słyszałem z ich ust. Na Islandii znalazłem wiele potwierdzeń tych słów. Dobrze, że mają tego świadomość. W gruncie rzeczy też fajnie, że nie mają najmniejszego zamiaru tego zmieniać. Mniej fajnie, że emigrantów, w dużej mierze Polaków, zatrudniają po to, by za nich myśleli i odwalali najcięższe prace. Ale kto bogatemu zabroni?

Wczesna godzina - przed 22:00 - zachęciła mnie do spaceru po porcie, do przyjrzenia się ładnym bazaltowym skalnym słupom i do spaceru po skalnym wzgórzu oddzielającym port od zatoki Breidafjordur. Na zwieńczeniu  kilkunastometrowej skały z niewielką latarnią morską tak wiało, że z trudem utrzymywałem sie na nogach. Jeden podmuch wiatru mnie przewrócił. Surowe arktyczne warunki. Lubię takie klimaty. W Stykkishólmur jest gdzieś pole namiotowe, lecz nie wiedziałem czy otwarte. Turystów tutaj nawet w lecie nie ma za wielu. Przy tak silnym wietrze mogłem zapomnieć o rozbijaniu namiotu. Nie przetrwałby, zwłaszcza z połamanym pałąkiem. Musiałem przespać się w aucie, a Suzuki Jimny do dużych nie należy. Wymyśliłem taki patent. Fotel pasażera przesunąłem maksymalnie do przodu, wyjąłem zagłówek i całkowicie go rozłożyłem. Na szczęście istniała taka możliwość. Do dyspozycji miałem też niewielką tylnią kanapę. Bym mógł sie położyć w miarę wyprostowany położyłem się łukiem. Nogi miałem ciut poniżej fotela pasażera, a głowę przy tylnich drzwiach za fotelem kierowcy. Całkiem niezłe warunki. Budzik nastawiłem na wczesną godzinę, by mi prom nie uciekł. Tego dnia przejechałem autem 185km. W nocy minimalna temperatura na zewnątrz wyniosła +3°C, wewnątrz +7°C.

Podczas pobytu na półwyspie  Snaefellsnes w 2014 roku skupiłem się na innym jego fragmencie, najbardziej wysuniętym na zachód. Obserwowałem foki szare w rejonie plaży Ytritunga, objechałem masyw wulkanu-lodowca Snaefellsjokull (Snaefellsjoekull, w tym fragmentem drogi terenowej F570 - małą osobówką). W powieści Juliusza Verne "Podróż do wnętrza ziemi" bohaterowie ruszyli w swoją niezwykłą podróż właśnie przez krater tego wulkanu. Odwiedziłem jaskinię wulkaniczną Vatnshellir, lawy i skały wulkaniczne w rejonie Malarrif, Lóndrangar i Svalpufa. Nie zabrakło Ólafsvik i Arnarstapi, a także położonych bardziej na wschodzie bazaltowych słupów w Gerduberg.

Dzień 10, 1 czerwca. Wczesna pobudka, szybkie śniadanie, pakowanie i do portu. Spałem koło cmentarza. Wiatr dawał się we znaki jeszcze bardziej niż dzień wcześniej. Świeciło słońce. Biuro sprzedaży biletów miało być otwarte o 8:00, ale pracownica się trochę spóźniła. W tym samym pomieszczeniu znajdowała się mini kafejka i sklepik z pamiątkami. Kupiłem bilety tam i z powrotem (5620koron, ok.157zł), samochód zostawiłem na parkingu koło średniej wielkości promu. Miałem trochę czasu. Przyjrzałem się bazaltowym skałom, pochodziłem jeszcze raz po skalnym wzgórzu, by następnie się zaokrętować jako jeden z niewielu pieszych pasażerów. Prom wypłynął o 9:00 czekało mnie 90 minut rejsu. Czas wykorzystałem na ładowanie sprzętu. Promem rzucało, niektóre fale zalewały pokład. Za plecami Stykkishólmur i ośnieżone góry, z przodu, liczne skalne wulkaniczne wysepki i na horyzoncie Fiordy Zachodnie.

Przed wyspą Flatey podziwiałem wyspy zbudowane z bazaltowych słupów. Łeb mi chciało urwać, musiałem uważać, by nie wypaść za burtę. We Flatey wysiadła nas czwórka. Oprócz mnie trójka starszych Niemców, którzy mięli wynajęty nocleg w miejscowym hoteliku, kilometr od portu. Pozostali, w większości miejscowi, popłynęli na drugą stronę zatoki Breidafjordur do Brajnslaekur, dokąd mięli godzinę (linię Baldur obsługuje firma Seatours). Ja zaś dwie godziny, co w zupełności wystarczało na moje potrzeby. Wyspa ma około 2 kilometry długości, a szerokość przekracza niewiele ponad 300 metrów. Wokół znajdują się liczne niewielkie wysepki, podczas odpływu niektóre niemal się łączą z Flatey. Jest jedną z trzech tysięcy wysepek w zatoce, całkiem sporą i jedyną zamieszkaną. W zamierzchłych czasach miała istotny wpływ dla historii i kultury Islandii, dzisiaj jest atrakcją turystyczną. Pierwszy klasztor ufundowano tutaj w 1172r., wyspa stanowiła ośrodek kultury i sztuki oraz handlu do II poł. XIXw., mieścił się tutaj największy zbiór islandzkich średniowiecznych rękopisów (Flatey Book). Do dzisiejszych czasów pozostało kilka starych domów i kościół z 1926r., z późniejszymi ciekawymi malunkami hiszpańskiego artysty, które stanowiły zapłatę za wikt i opierunek.

Trasa promowa przez zatokę Bredafjordur jest najdłuższą przeprawą wewnętrzną na Islandii. Nie ma ich zresztą tutaj wiele w przeciwieństwie na przykład do Norwegii czy Szkocji. Mój cel wizyty na północy spowodowany był chęcią odpoczynku od dużej liczby turystów w miejscach dotychczas odwiedzonych. Rzeczywiście przeniosłem się do innego świata. Na pustkowia. Na północy Islandii spędziłem trochę dni rok wcześniej, ludzi tutaj było znacznie mniej niż na południu, ale teraz przed sezonem turystów nie było jeszcze prawie wcale. Mogłem się delektować surową przyrodą i takim klimatem. Dłonie bez rękawiczek po chwili drętwiały. Wiatr dawał w kość. Spacerowałem sobie po wyspie, z jedną krótką szutrową drogą i z jednym samochodem osobowym, dowożącym ludzi do hoteliku. Odwiedziłem kościół, starą zabudowę w "centrum". Trwały jeszcze liczne prace przygotowujące zabudowania do sezonu. Na prymitywnym polu namiotowym próżno było szukać na namiotu. W zagrodach pasły się pojedyncze owce, przy brzegu parę łódek, w tym zatoczce sąsiedniej wysepki. Ma kształt podkowy i świetnie chroni przed wiatrem. W lecie można obserwować tutaj liczne ptaki, w tym maskonury. Ale po ostrej zimie, która nie odeszła jeszcze na dobre, ptactwo miało niewielką reprezentację. Z wyspy jest świetny widok na spory fragment Fiordów Zachodnich, oddalonych o niecałe 20 kilometrów. W tym na półwysep Reykjanesfjall, który odwiedziłem rok wcześniej. Fajne północne okołopolarne klimaty. Archipelag wysp, do którego należy Flatey określa się mianem Wysp Zachodnich, aczkolwiek podobnie mówi się o wyspach Vestmannaeyjar.

Przemarznięty wróciłem do portu. Temperatura rano wynosiła 3 stopnie Celsjusza, teraz może wzrosła do 5, ale lodowaty wiatr sprawiał dosłownie mroźne odczucia. Prom miał przypłynąć o 13:15, ale nie przypłynął. Opóźnienie wyniosło blisko pół godziny, znacznie je zwiększyliśmy na trasie do Stykkishólmur. Z powodu silnego sztormu, jak tłumaczył przez mikrofon kapitan. Obawiano się uszkodzenia samochodów. Huśtało nami jeszcze mocniej niż rano. Fale zalewały pokład. Nieliczni pasażerowie wyglądali blado. Niewielki prom na wzburzonym Atlantyku wyglądał jak łupinka, z którym woda robi co chce. To tylko złudzenie, bo dotarliśmy do portu.

Huraganowy wiatr huśtał Jimnym, miałem trudności z wejściem do niego. Przed opuszczeniem miasteczka czekały mnie trzy zadania. Muzeum wulkanologiczne, supermarket Bonus i znalezienie internetu. O muzeum dowiedziałem się od dziewczyny, która podwoziła mnie pierwszego dnia z lotniska do Reykjaviku. Znajduje się w centrum miejscowości przy drodze do portu i nosi nazwę Volcano Museum - Eldfjallasafn. Są to prywatne zbiory pochodzącego stąd wulkanologa Haraldura Sigurdssona, wykładającego na uniwersytecie w Rhode Island w USA. Muzeum otwarto kilka lat temu. Jest niewielkie, wstęp kosztował 950 koron (ok. 26zł). Składa się na nie mini salka kinowa z projekcją filmów o wulkanach islandzkich. Część materiału widziałem już w Volcano House w Reykjaviku. Druga połowa to zbiory wulkanologiczne profesora Sigurdssona. Byliśmy w wielu tych samych miejscach,  z których przywieźliśmy podobne materiały skalne i pamiątki. Tak po prawdzie, mógłbym też otworzyć podobne muzeum. Dwa pokoje zawalone materiałami z wypraw, nie tylko wulkanologicznych. Jest co pokazać. Muzeum opiekował się młody chłopak, świetnie przygotowany, chociaż straszna gaduła. Opowiadał o niezwykłych wulkanach jak Tambora, który miałem okazję eksplorować w 2013 roku. Wspominał, że jego pryncypałowi marzy się eksploracja nowego wulkanu Krakatau, który też dane było mi porządnie spenetrować. Bardzo fajnie spędzony czas, wróciły wspomnienia z wypraw. I świadomość, że PROJEKT 100 WULKANÓW jest naprawdę wyjątkowy. Przyjąłem strasznie rygorystyczne kryteria jego realizacji, większość miejsc wulkanicznych trafia do drugiej tabeli, pomocniczej, a nie tej głównej, związanej z nazwą projektu. Ale już teraz, w okolicy półmetka, ilość odwiedzonych wulkanów, zdobytej wiedzy, materiałów fotograficznych, filmowych, przywiezionych law i minerałów, daje powód by tym projektem się chwalić, Być dumnym z niego. Dziesięć lat realizacji, obok innych trudnych projektów podróżniczych. Jeśli uda mi się go dokończyć, co potrwa, będzie to wyczyn na skalę światową. Rozmawiając z wulkanologami w różnych miejscach świata, po dziesięciu latach, coraz częściej rozmawiam  z nimi jak równy z równym. Dekadę temu miałem jeden procent tej wiedzy i doświadczeń wulkanicznych co dzisiaj. Coraz częściej wulkanolodzy proszą mnie o informacje dotyczące wulkanów, o podesłanie paru zdjęć, np. do uniwersyteckich wykładów. Wątpię czy ktoś realizuje na świecie podobny projekt, do tego tak zaawansowany.

Po muzeum odwiedziłem na chwilę bibliotekę, ze starym kompem i słabym internetem, płatnym, ale bibliotekarz zwolnił mnie z opłaty. Sprawdziłem tylko email. Oprócz Hvannadalshnukur marzyło mi się jeszcze zdobycie głównego wierzchołka wulkanu Eyjafjallajokull. Znacznie rzadziej odwiedzanego od najwyższej islandzkiej góry. Szukałem przed wylotem, czy ktoś się nie wybiera, bez skutku. Ale rzutem na taśmę znalazłem przewodnika z grupą, zapłaciłem, ale nie bardzo chciało mi się wierzyć, że wyjazd dojdzie do skutku. Mając w pamięci perypetie z Hvannadalshnukur. Dlatego sprawdzałem mejla, czy nie odwołano wyjazdu. Auto wypożyczyłem na dwa dni tylko dlatego, że trzeciego dnia właśnie czekał mnie Eyjafjallajokull. W razie odwołania wyjazdu mógłbym przedłużyć wynajem auta, nawet do końca wyjazdu. Krążyła mi myśl po głowie, by może samemu wybrać się na wulkan, tylko lodowiec ucierpiał podczas erupcji 2010 i różnie mogłoby być. Na szczęście żadnej niepokojącej informacji w skrzynce mejlowej nie znalazłem. Zrobiłem jeszcze zakupy marketowe w Bonusie i byłem gotowy do drogi. Pozostała mi doba z wynajętym autem i realizacja najtrudniejszego punktu wyprawy. Chociaż wcale nie miał być takim.

Ten wpis zakończę kilkoma przykładowymi cenami z supermarketu Bonus (100koron - 2,70-2,80zł): 5 małych bułek hot-dogowych 159koron, 2litry coca-coli zero 198koron, sałatka z szynką 200g 298koron, sałatka jarzynowa 200g 249koron, sałatka ziemniaczana 350g 298koron, skyr kokosowy 200g 165koron, skyr truskawkowy 170g 141koron, bułeczki cynamonowe Pagen 260g 298 koron, siatka jednorazowa 20koron.

Krótki film z przejazdu po półwyspie Snaefellsnes, znajduje się: TUTAJ.

  • Na zdjęciach:
  • 1-6) Najmłodsze pole lawowe na półwyspie Snaefellsnes i rejon wulkanów Eldborg oraz ljósufjöll.
  • 7-12) Półwysep Snaefellsnes przy drodze 56.
  • 13-20) Miasteczko Stykkishólmur i zatoka Breidafjordur.
  • 21-24) Na promie na wyspę Flatey.
  • 25-31) W drodze na Flatey, zatoka Breidafjordur.
  • 32-47) Wyspa Flatey i widoki na Fiordy Zachodnie.
  • 48-49) Eldfjallasafn Volcano Museum w Stykkishólmur.
  • 50-53) Kilka przykładowych zdjęć z pobytu na półwyspie Snaefellsnes w lecie 2014 roku: bazaltowe słupy w Gerduberg, wulkan-lodowiec Snaefellsjokull, szara foka nad Atlantykiem (by zrobić to zdjęcie musiałem przejść kawałek lodowatego oceanu i postać w nim trochę), jaskinia wulkaniczna Vatnshellir.


Znajdź mnie

Reklama

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search