Blog

Blog

Hveragerdi, Reykjavik i połamany namiot (Islandia)

Plymouth Cuda 440, Reykjavik.
Dzień 8, 30 maj. Na ten dzień plan miałem wysoce mało ambitny, dojechać do Reykjaviku. Chociaż poranek witał słońcem, wiał silny chłodny wiatr. Powoli się pakowałem, szykowałem śniadanie. Spotkałem bardzo fajną sześcioosobową polską ekipę z małopolski, która dojechała w nocy. Miłośnicy gór i podróży. Przygotowali sobie fajny, profesjonalny plan podróży, na dobre cztery tygodnie, a mięli około tydzień. Nie mogło ich uratować nawet wynajęte auto terenowe. Poradziłem, by skupili się na fragmencie Islandii z tego planu. Solidnie go zrealizowali, nie po łebkach. Kiedyś wrócą na realizację kolejnych etapów. Tak zrobili - spotkaliśmy się tydzień później na lotnisku. Przed 12:00 zjawiłem się na przystanku, ale autobus miałem dopiero o 14:30 (1200 koron, 33zł). Czas spędziłem w sąsiednim małym centrum handlowym, gdzie w bibliotece skorzystałem z internetu, odpłatnego (200koron(6zł) za 30min, ale mimo ponad godziny, nie płaciłem więcej). Obok były mapy oraz zdjęcia na ścianach, informacje turystyczne, szereg informacji o trzęsieniu ziemi w Hveragerdi z 2008 roku (6,3 w skali Richtera), w tym przykładowa kuchnia z potłuczonymi naczyniami i urządzenie, które za 300 koron (8zł), pozwalało poczuć pod nogami siłę trzęsienia (nie jedyne takie na Islandii). Rejon Hveragerdi jest jednym z najbardziej sejsmicznych fragmentów Islandii.

Autobus przyjechał w ponad połowie zapełniony, sporo pasażerów było też dzień wcześniej gdy jechałem z Vik. Po szybkim dotarciu do Mjódd w Reykjaviku, podszedłem do pierwszego lepszego autobusu miejskiego z zapytaniem czy jedzie może w rejon pola namiotowego? Jechał, linia 6, 400 koron (11zł). Kierowca był Polakiem, tak samo jak obok siedzący pasażer, z którym rozmawiał. Zatrzymał się na światłach i po angielsku zaczął mi tłumaczyć jak mam iść. Możemy mówić po polsku - powiedziałem. To idź prosto 500 metrów tą drogą i będziesz na miejscu. Dziękuję. Do pracy przyjechałeś czy pozwiedzać? Pozwiedzać - odpowiedziałem. W deszczu udałem się według wskazówek docierając do pola namiotowego, obok którego hostel, stadion, park, zoo i basen częściowo termalny Laugardalur (wstęp 650 koron, ok. 18zł). Na zegarku minęła szesnasta.

Zapłaciłem 1700 koron (niecałe 50zł) za pole namiotowe i miałem kilka pytań odnośnie Reykjaviku, ale gość w recepcji nic nie wiedział. Zachowywał się, jakby ta praca strasznie go męczyła. Pole nie było jeszcze gotowe na sezon. Trwały różne prace remontowe. W tym kładziono trawę w rolkach. Strasznie nieudolnie. Część uschła, część zgniła, żaden fragment się nie ukorzenił. Nie bez problemów znalazłem kawałek znośnej trawy, gdzie się rozbiłem. O ile camperów było sporo, to namiotów niewiele. Rok wcześniej  w sierpniu miałem okazję je odwiedzić, choć bez noclegu, wtedy prawie każdy kawałek wolnej przestrzeni zajmowały namioty.

Pogoda popsuła się, dużo chmur, co chwilę deszcz i nieprzerwanie silny wiatr z bardzo silnymi pojedynczymi podmuchami. 9 stopni Celsjusza. Zbierałem chęci, by ruszyć na miasto, gdy nagle strzelił pałąk namiotu. Złamany fragment natychmiast przedziurawił materiał. Szybko wyskoczyłem, wyjąłem uszkodzony element stelaża z mocowania i położyłem cały namiot. Furgał, ale ekwipunek w środku nie pozwalał go porwać. Model jednopowłokowego namiotu HiMountain Viper ma stelaż mocowany od wewnątrz, dlatego ostry złamany fragment uszkodził "dach". Nie zaskoczyło mnie to zdarzenie. Namiot już swoje przeżył, miał prawo się połamać. Kupiłem go w roku 2011 na Pik Lenina (Avicenny) liczący sobie 7134m n.p.m., położony w Pamirze, na granicy Kirgistanu i Tadżykistanu. Górę udało się bardzo sprawnie zdobyć, wraz z koleżanką, a namiot po wyprawie miał zakończyć swoją karierę. By nosić jak najmniej, pełnił rolę i bazowego i szturmowego, chociaż przewidziany jest do tego drugiego. Lenin dał mu w kość, pojawiły się przetarcia. Lecz nie na tyle poważne, by go wyrzucić. Pojechał ze mną na Ararat (5135 m, Turcja) w 2012 i na indonezyjskie wulkany w 2013 roku. Na każdym z tych wyjazdów miał dokonać żywota, ale skubaniec był dobry. Dlatego pojechał ze mną na wulkan Nea Kameni do Grecji w 2015 roku i bez względu na wszystko miał po tym wyjeździe zostać wyłączony z mojego parku sprzętowego ze względu na stan zużycia. Zresztą silne greckie wiatry znacznie zwiększyły liczbę pęknięć na poszczególnych elementach stelaża.

Pakując się na ostatnią chwilę przed opisywanym wyjazdem, planowałem zabrać inny namiot, ale gdy otworzyłem szafę zawaloną sprzętem i zdałem sobie sprawę, że dokopanie się do niego łatwe nie będzie, a Viper leży pod ścianą uznałem, a co mi tam. Wezmę go jeszcze raz i już nie przywiozę z Islandii. Może wytrzyma. Nie wytrzymał, a wyjazd dobiegł dopiero do półmetka. Sam sobie jestem winien. Na każdej wyprawie bawię się w MacGyvera, teraz też wyjścia nie miałem. Stelaż tak paskudnie się połamał, że nie dało się usunąć uszkodzonych fragmentów i ponownie zamontować. Gdybym tak zrobił, nie byłby to namiot, tylko płachta biwakowa. Dlatego zrobiłem grubą rurkę z tektury, obkleiłem srebrną taśmą przemysłową. Nałożyłem na pałąk. A w miejscu złamania podłożyłem pomiędzy nim a materiałem, przecięte na połowę dwa półkoliste kawałki grubej tektury, na której wcześniej znajdowała się srebrna taśma przemysłowa. Tektura była tak twarda, że stelaż nie mógł jej uszkodzić i dalej dziurawić materiału. Namiot zmienił trochę kształt, z zewnątrz wyglądał ciut dziwnie, ale w zasadzie zachował pełną funkcjonalność. Te półkoliste fragmenty z tektury na których opierał sie połamany stelaż zatkały dziurę od wewnątrz, a z zewnątrz dodatkowo ją zakleiłem. Namiot po "naprawie" miał za zadanie wytrzymać do końca wyjazdu.

Z obawami czy jak wrócę będzie jeszcze stał, udałem się do centrum, po 17:00. Ciągle wiało. Nie chciałbym zbierać dobytku z całego pola namiotowego i okolic. Do celu miałem 3km, ruszyłem spacerkiem. Koło basenu Laugardalur pożywiłem się dwoma niewielkimi hot-dogami po 400 koron (11zł) za sztukę. Hot-dog to najtańsza ciepła potrawa na Islandii. Bywa, że kosztująca trochę mniej. W języku islandzkim nazywa się pylsa, sprzedawany jest w wielu miejscach. A w większych miastach i bardziej turystycznych miejscach zobaczymy czasami napisy: pylsuvagninn - przyczepa z hot-dogami i pylsuhusid - dom hot-dogów.

Trasa do śródmieścia Reykjaviku z campingu jest prosta. Po drodze zatrzymałem się przy ładnym budyneczku Hofdi, w którym wiele lat temu Gorbaczow z Reaganem rozmawiali o rozbrojeniu nuklearnym. Dzisiaj jest w nim niewielkie muzeum. Kawałek za nim, na skrzyżowaniu ulicy Borgartun i Thórunnartun w nowoczesnym budynku ma siedzibę Polska Ambasada. Nad budynkiem powiewała nasza flaga. Gdy minąłem miejski terminal autobusowy Hlemmur, znalazłem się na głównej handlowej ulicy Laugavegur. Są tutaj sklepy, restauracje, hotele i hostele. A także tani supermarket Bonus. W zeszłym roku natrafiłem również na niewielki polski sklep, tym razem go nie zauważyłem, ale też nie szukałem. Laugavegur blisko reykjavickiego downtownu przemienia się w Bankastraeti. Odbija stąd do góry inna ważna ulica handlowa Skólavordustigur kończącą się przy najbardziej znanym budynku w mieście - kościele Hallgrimskirkja. Przy skrzyżowaniu Bankastraeti z Laekjargata stoi pałacowy budyneczek Stjórnarradid. Za Laekjargata Bankastraaeti przemienia się w Austurstraeti, gdzie bank, sklepy restauracje. Kończy się niezbyt urodziwym placem Ingolfstorg. Kręcąc się po tej okolicy znajdziemy ładny kamienny budynek Parlamentu (Althing), nowoczesny szklany ratusz przy i na jeziorze Reykjavikurtjorn. Reykjavik nie jest perełką architektoniczną, kolorowe domy i domki są typowe dla krajów nordyckich. Ładne to wszystko, zadbane, inne w stosunku do kontynentalnej Europy. Całkiem sporo jest również pomników porozrzucanych po mieście. Warto się pokręcić po uliczkach. Większość miasta położona jest na wzgórzach. Wszędzie jest blisko, bo chociaż Reykjavik liczy 120 tysięcy mieszkańców, to centrum jest niewielkie. Na równoległej do Laugavegur ulicy Hverfisgata znajduje się kilka ładnych budowli w tym teatr, ulicę przecinają na pół bazaltowe kolumny, jest też niewielki park Arnarhóll z dużym pomnikiem. Z parku w chwilę znajdziemy się w porcie, gdzie stał sporych rozmiarów okręt islandzkiej ochrony wybrzeża, obok jest efektowna szklana bryła centrum koncertowo-wystawienniczego. Wzdłuż zatoki Faxaflói (Faxa) biegnie ścieżka spacerowa i rowerowa, po drugiej stronie ruchliwej arterii stoją ciekawe architektonicznie apartamentowce, część w budowie. Spacerując natrafimy na metalowy pomnik w kształcie łodzi zwany Sun Voyager (Sólfar).

Będąc w stolicy, chciałem wymienić jeszcze trochę euro na korony. Było to dla mnie korzystniejsze rozwiązanie niż wypłata z bankomatu. Na Islandii poza lotniskiem w Keflaviku nie widziałem nigdzie kantorów, pozostał więc bank, których też nie za wiele. Tylko był już zamknięty, od 16. W informacji turystycznej na Laugavegur zapytałem, gdzie w takim razie mogę wymienić euro. Otrzymałem informację, że w informacji turystycznej przy placu Ingolfstorg. I rzeczywiście, wymieniłem, tylko kurs był słaby, a do tego opłata 200 koron (ok. 5,5zł, kurs wyniósł 134 korony za euro, na lotniska dostałem 142). Gdybym pobrał pieniądze z bankomatu, zrobiłbym jeszcze gorszy interes. Podobną wymianę można dokonać w informacji turystycznej na dworcu BSI. Co ważne, w obu tych miejscach, koron nie wymienimy na inną walutę.

  • Na zdjęciach:
  • 1-8) Hveragerdi - pole namiotowe i centrum. Na zdjęciach m.in. pyszny islandzki sero-jogurt - skyr oraz namiot bez stelaża, napompowany przez wiatr powietrzem.
  • 9-23) Reykjavik - pole namiotowe, uszkodzony namiot i centrum miasta. Na jednym ze zdjęć są pyszne szwedzkie bułeczki cynamonowe. Państwa nordyckie ściśle współpracują ze sobą, stąd w sklepach w każdym z tych krajów można spotkać sporo produktów nordyckich sąsiadów. Taki regionalny patriotyzm. 


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2022 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search