Blog

Blog

Pico de Orizaba 5629m - najwyższy wulkan Ameryki Północnej (MEKSYK)

Partia szczytowa Pico de Orizaba 5629m, Meksyk.

Dziewiątego lutego, dzień po zdobyciu wulkanu Popocatepetl z trudem zwlokłem się z łóżka. Pocięty przez lawę, posiniaczony, potłuczony, obolały. Cały sprzęt rozwalony po pokoju. Ale w planie wyraźnie napisałem, że tego dnia mam się dostać pod wulkan Orizaba. Nie ma zmiłuj się, wstałem, spakowałem, i w drogę. Tylko z Amecameci jakoś nic nie chciało jechać do Puebla. Tak to jest w Meksyku, że po danej prowincji łatwo się poruszać komunikacją publiczną, ale już do sąsiedniej, niekoniecznie. Popo jest na granicy prowincji stołecznej i Puebla. Amecameca przynależy do Mexico City. I tam właśnie się udałem, do stolicy, skąd autobusem do Pubela. Lokalne busy są bardzo tanie, ale dalekobieżne drogie i bardzo drogie. Droższe od autobusów w drogim Chile. Może dlatego często puste, gdy w Chile pełne. Nierzadko samolot wyjdzie taniej.

Dworzec autobusowy w Puebla projektowali z pewnością uchlani i naćpani architekci, o czym napiszę na końcu. Trafić na nim gdziekolwiek - trudne zadanie. Kompletnie idiotycznie zaprojektowany labirynt. Czegoś takiego nigdzie na świecie nie widziałem. I takie dziwne projektowanie dworców autobusowych to meksykańska specjalność. Nie mniej ten w Puebla bije wszystkie. Odsyłano mnie od kasy do kasy w różnych częściach dworca, pokonywałem setki metrów i zawsze słyszałem, że to nie tutaj. W końcu zrobiłem awanturę i sprzedano mi bilet jakiejś lokalnej firmy. A teraz znajdź człowieku właściwą platformę, mając 20minut do odjazdu autobusu. Jedni mówią w lewo, inni prosto, w prawo, zawróć. Poprosiłem o pomoc policję. Policjant przy pomocy kolegów i radia prowadził mnie, biegliśmy, bo moja platforma była pół kilometra od miejsca, gdzie sie znajdowałem. Ledwo zdążyłem. Paranoja.

Jadę do 12-tysięcznego miasteczka Tlachichuca (Tlaciciuka), głównego punktu startu na Pico de Orizaba. Ponad  dwie godziny jazdy, na miejscu jestem po 21:00. W mieście są dwie firmy obsługujące ruch na Orizabę, mniejsza i droższa oraz większa i tańsza. Tą drugą prowadzi rodzina Canchola i do nich chciałem trafić. Do schroniska Piedra Grande na 4240m można też się dostać zupełnie tanio. Taksówką do około 3600m za ok. 200pesos. Dzień marszu do schroniska, trasa jest długa, a schronisko za darmo, chociaż ktoś mi mówił, że w weekendy w sezonie jest płatne, za 3 noclegi płaci się 35usd. Ale nie mam żadnego na to potwierdzenia. Poza wspomnianymi dwoma miejscami, są w Tlachichuca ze dwa hotele, w jednym ceny rozpoczynały się od 110pesos.

Niełatwo było znaleźć dom rodziny Canchola (pomarańczowy), chociaż w centrum, całkiem niedaleko niewielkiego terminala autobusowego. Brak szyldu nie ułatwia zadania, ale trafiłem. Biznes prowadzi Mirabel, ale najważniejsze zdanie ma ciągle ojciec - Joaquin Canchola Limon. Trzeba było ustalić cenę, warunki. Normalnie cena za transport do schroniska, dwa noclegi, dwa śniadania i dwa obiady - u Mirabel w Tlachichuca - wynosi 200usd. Jak na Meksyk nie tanio, chociaż też znowu nie tak drogo. Ja zapłaciłem mniej i dostałem więcej. Następnego dnia rano chciałem już wystartować, Mirabel się dziwiła, że nie chcę odpocząć. A jak zobaczyła zdjęcia z El Popo, nie mogąc uwierzyć, że dotarłem na szczyt, stwierdziła że muszę być diabelnie silny, że od razu startuję na Orizabę.

A właśnie, że nie. Silny byłem miesiąc wcześniej. W tamtej chwili byłem ledwo żywy, wszystkie siły witalne wyssałem z siebie i właśnie dlatego musiałem się sprężyć. Dwa, trzy dni relaksu i mój organizm odzwyczaiłby się od dużego wysiłku i może powiedział - nie idę. Zmęczenie, obolałe ciało, kontuzjowane palce u stóp - trudno. Orizaba to był w planie ostatni wulkan do zdobycia i musiałem wykrzesać z siebie jeszcze trochę sił. Wiem że zachodni turyści, po przyjeździe, dzień, dwa odpoczywają, po Orizabie to samo. Ja odpoczywać nie lubię, bo mnie to męczy.

Wszystko mieliśmy ustalone, pozostało sie przepakować na Orizabę. W Tlachichuca było zimno, w nocy nawet minimalny mróz, a w pokoju plus 5 stopni Celsjusza. Wysokość 2610m n.p.m.

10.02.2016. Wstałem wcześnie rano, dokończyłem pakowanie, zjadłem porządne śniadanie. Ostatnie takie jadłem u Marty w La Serenie pod koniec grudnia. Nie mam czasu na tzw. normalne jedzenie. Jem co popadnie i kiedy popadnie albo nie jem. Zrobiłem zakupy spożywcze na Orizabę - tradycyjnie kilka paczek ciastek. I po 10:00 w drogę 18-letnim żółtym jeepem. Dnia poprzedniego pogoda się popsuła, raczej nie wszedłbym na El Popo. Tego dnia było podobnie, dopiero jedenastego lutego miała wrócić dobra pogoda. Miałem szczęście, bo wstrzeliłem się w okno pogodowe na Popo i miałem się wstrzelić na Orizabę. Chmury, szaro, ponuro. Do pokonania 36km, druga połowa wymaga dobrego auta 4x4 i wysokiego zawieszenia. Jechaliśmy dwie godziny.

Schronisko Piedra Grande 4240mchociaż niewielkie, mieści 40-60 osób. Jest jedno pomieszczenie. Na lewo od drzwi pusta przestrzeń, stoły, nazwijmy to kuchnią. Po prawej trzy poziomy, z drabinkami, gdzie można się położyć, jeden obok drugiego. Prymitywna toaleta na zewnątrz. Zastałem tam siedem osób. Jedną grupę stanowili dwaj Amerykanie, klienci, dwaj przewodnicy i człowiek do pomocy przy ich obsłudze. Był jeszcze trzeci Amerykanin, indywidualnie i Andrzej, z Dolnego Śląska. Żonę i dzieci zostawił nad morzem, a sam się wybrał na najwyższy szczyt Meksyku. Wcześniej był m.in. na Aconcagui, Elbrusie, Kilimanjaro. Planował start pojutrze, ale gdy dowiedział się, że startuję tej nocy, postanowił spróbować. Ostatniego podróżującego Polaka spotkałem prawie dwa miesiące wcześniej, na Aconcagui.

Andrzej nie był zaaklimatyzowany, a ja już zmęczony moją górską gonitwą, dlatego zaplanowaliśmy start na północ, gdy normalnie startuje się o 3:00 w nocy. Pół dnia i wieczór spędziliśmy na rozmowach, uzupełniłem notatki. Potem próbowałem usnąć, ale nie udało mi się. Obok mnie tak chrapali, że nie było szans. O 23:30 rozpoczęliśmy przygotowania i punktualnie o północy wyruszyliśmy. Niebo bezchmurne, świetna pogoda, minimalny wiatr. Przez chwilę na przodzie szedł Andrzej, potem mnie o to poprosił. Dołączył do nas Amerykanin, bardzo dziwnie ubrany. Getry, adidasopodobne buty. Czy ty nie pomyliłeś gór? Nie pomylił, ale nie wróżyłem mu szans wejścia w tym ubiorze na szczyt. Inni mięli buty jak na Mount Everest, te same modele co tam się używa, ja dziurawe średniowysokogórskie trekki - wystarczające, ale on poszalał.

Idziemy. Andrzej powoli, ale mi się nigdzie nie śpieszy. Czekamy co jakiś czas z Amerykaninem na niego. W pewnym momencie jego latarka znika, ale słychać kroki. Padła bateria. Miał szczęście, że potrzebował jednego paluszka AA, miałem. Innych baterii, nie. Pierwszy odcinek podejścia choć dosyć stromy, prowadzi fajną ścieżką. Potem następuje spłaszczenie i następnie najtrudniejsza część podejścia, tzw. labirynt. Mogłem czekać do trzeciej w nocy i iść za klientem i jego przewodnikiem. Tak większość indywidualnych miłośników gór robi. Ale ja lubię wyzwania.

Wszyscy na szczyt startują ze schroniska, chociaż na 4500m i 4700m można znaleźć kilka platform na namioty. Z refugio do pokonania jest 1400m deniwelacji względnej, sporo. Labirynt ma około 300m deniwelacji, ale daje w kość (wysokości ok. 4700-5000m). Jest stromo, lód, zmrożony śnieg z wcześniejszych opadów, skały. I kilka alternatywnych tras. Niekoniecznie dobrze widocznych i oznaczonych. W pewnym momencie ugrzęźliśmy. Zbyt stromy lód, nawet w rakach bez asekuracji byłoby niebezpiecznie. Z innej strony zbyt strome zbocze. Trzeba było się cofnąć i obejść to miejsce. Tak zrobiłem. Powiedziałem chłopakom o moich zamiarach, ruszyli za mną. Ten odcinek dla niewprawionego miłośnika gór jest trudny i męczący, chyba bardziej niż fizycznie, psychicznie. Na Popocatepetl prawie cała trasa była trudniejsza niż ten fragment. Założyłem tylko raki, bo po zmrożonej ziemi szło się lepiej, do tego kilka niewielkich płatów śniegu.

W dole widziałem światła Andrzeja i Amerykanina, a niżej pozostałej ekipy ze schroniska. W pewnym momencie straciłem ich z oczu, ale takie było ukształtowanie podejścia, miałem nadzieję, że idą, chociaż Andrzej nie wykluczał, że zawróci. Na spłaszczeniu przed lodowcem czekałem na nich ponad godzinę, skacząc, bo było minus 12 stopni Celsjusza. Ale gdy zaczął wstawać dzień, wszedłem na lodowiec. Jasnym było, że zawrócili. Labirynt ich pokonał, tak jak około połowę, z jakichś dwóch tysięcy ludzi atakujących Orizabę (sezon trwa od listopada do kwietnia, potem dużo pada).

Lodowiec Jamapa dwadzieścia lat wcześniej był większy o połowę, za kolejne dwadzieścia lat zostaną co najwyżej resztki. Wybrałem własną trajektorię wejścia. Jamapa nie jest trudnym lodowcem, nachylenie też nie jest bardzo duże, 45-50 stopni. Podobało mi się, bo Mirabel nie namawiała mnie na przewodnika, tylko uczciwie powiedziała, że jeśli mam górskie doświadczenie, poradzę sobie bez większych problemów z Orizabą. Powierzchnia lodowca była mocno zmrożona, upaść i zjechać w dół - nie skończyłoby się to dobrze. Dlatego uważnie stawiałem każdy krok. Trochę inną trajektorią szedł przewodnik z klientem - oczywiście kaski, lina. Ja najkrótszą trasą, oni dłuższą. Inni zawrócili.

Jamapa to część lodowca (resztki czapy lodowej) Gran Glaciar Norte. Szczelin praktycznie w nim nie ma. Widziałem dwie większe, jedną miejscowi nazywali jaskinią. Głębokość, może 4 metry. Do niej wpadł Brytyjczyk, którego spotkałem u Mirabel, spędził w niej noc, zanim inni wchodzący go wyciągnęli. Nie odmroził się. Lodowiec zaczyna się na ok. 5100m i sięga praktycznie szczytu. Nie każda strona wulkanu jest zlodowacona. Badania w 2001 roku wykazały, że Glaciar Norte ma ok 1km2, pozostałe lodowce na Iztaccíhuatl i Popocatépetl łącznie około 0,5km2. Obecnie na pewno wszystkie są mniejsze.

Wpierw doszedłem do niższych partii krateru, z nich widać dno, ze szczytu - nie. Nie ma lodowca wewnątrz, śnieg owszem, i małe jezioro. Ponoć całkiem głębokie, jakaś ekipa niemiecka miała w nim nurkować. Sam krater ma do 300m głębokości. Jego skrajem dotarłem na szczyt, gdzie gps wskazywał 5629m, chociaż Meksykanie lubią mówić, że Orizaba liczy sobie 5700m. Zegarek wskazywał coś 8:00 (11.02.2016), chwilę wcześniej dotarli na niego klient z przewodnikiem. Ten pierwszy to był gość około 60-tki, żonę zostawił nad morzem. Dziarski gość. Jak się tak przyglądam, młodsze pokolenia są coraz słabsze, zwłaszcza psychicznie, łatwo odpuszczają, poddają się. Już któryś raz widzę sytuację, że ludzie w wieku dziadków osiągają szczyt, a ludzie w wieku wnuczków, nie dają rady. Na wierzchołku spędziłem godzinę. Świeciło słońce, nieźle grzało, wiatr tylko chwilami dokuczał, ale nie mocno. Wspaniałe widoki, w tym na Sierra Negra z wielkim teleskopem, zdaje się piąta góra Meksyku. Pico de Orizaba to najwyższa góra Meksyku, najwyższy wulkan Ameryki Północnej i trzecia góra kontynentu, po Denali i Loganie. Orizaba ostatni raz wybuchł w 1846 roku, a wcześniej po kilka erupcji zanotowano w XVII i XVI wieku. Dlatego można go uznać za wulkan aktywny. Wędrując wzdłuż krateru znalazłem kilka bardzo niewielkich ujść siarki wraz z minimalnymi ilościami gazów. Miejscowi bardzo nie chcą, by wulkan znowu wybuchł. A ja bym bardzo chciał. Wulkan Orizaba czy inaczej Citlaltepetl, położony jest ok. 100km od Zatoki Meksykańskiej, na granicy stanów (prowincji) Veracruz i Puebla. Tak jak Popocatepetl wyrasta z Wyżyny Meksykańskiej i stanowi część Kordyliery Wulkanicznej. Teren Orizaby to park narodowy.

Ze szczytu prowadzi ścieżka, prawie od przeciwnej strony, w stosunku do mojego wejścia. Ona dosyć szybko się kończy, ale zakosami przeprowadza przez najbardziej stromą część lodowca. Nie śpieszyłem się idąc w dół. Moje stopy juz ledwo znosiły tą wyprawę. Transport miałem umówiony na 15:00, ale Mirabel powiedziała, że kierowca jest zawsze godzinę wcześniej. Jak się jest niekontuzjowanym, zejście do schroniska zajmuje 3-4 godziny (na szczyt 6-8h). Potrzebowałem 5 godzin i 40 minut, za dwadzieścia trzecia dotarłem do schroniska. Jak pokonałem labirynt? Inną wersją trasy. Do wchodzenia była dużo gorsza, niż moja nocna. Do schodzenia w dzień, znośna. Stromo, dużo skał i jeszcze więcej płatów śniegu do pokonania. W dzień, gdy trochę roztopione, dało się jakoś po nich zejść lub zjechać. Trzeba przyznać, że wszystkie opcje pokonania labiryntu są mało przyjemne. Dróg na Orizabę jest sporo, niemal z każdej strony, ale ta jest drogą klasyczną, uczęszczaną przez prawie wszystkich.

W Piedra Grande czekał już na mnie kierowca Jose. Szybko spakowałem śpiwór i w drogę. Nie wiem czy Andrzej jeszcze był. Rozlokował się na wyższym poziomie, z pośpiechu zapomniałem spojrzeć. A na dole schroniska go nie spotkałem. W  każdym razie Amerykanów z przewodnikami już nie było, za to przyjechali nowi. 

08.03.2016 - uaktualnienie. Andrzej był tak miły, że odezwał się do mnie, po moim powrocie z wyprawy. Tego samego dnia osiągnął szczyt Orizaby, tylko kilka godzin później - gratulacje!!! Tak zwany "labirynt" dał mu w kość w obie strony i gdzieś w nim się minęliśmy, nie widząc siebie. Ale najważniejsze, że oboje stanęliśmy na szczycie i cali oraz zdrowi zeszliśmy na dół. Zdjęcie Andrzeja z Orizaby jest tutaj: FB-ORIZABA.

Powrót do Tlachichuca zajął ponad 2 godziny, a tam kolacja, prysznic, przepakowywanie.Przyjechało dużo osób z zamiarem wejścia na Orizabę. W większości Amerykanów i Meksykanów. Mirabel zorganizowała mi możliwość zrobienia prania, dlatego postanowiłem zostać tutaj dzień dłużej. Ostatnie pranie robiłem w Chile między kolejnymi wulkanami. Wszystko było brudne, przepocone, smierdzące, musiałem już coś z tym zrobić. Tylko ciągle w biegu, nie było czasu ani gdzie. Udało się jednak bardzo sprawnie wejść na Popocatepetl i Orizabę, nie wykorzystałem dni rezerwowych, mogłem sobie pozwolić na dzień przerwy, ale nie odpoczynku. Miałem bowiem plany na kolejny dzień. Część z nich wypatrzyłem na zdjęciach satelitarnych.

Akcja górska trwała około 15 godzin, deniwelacji względnej w górę i w dół wyszło prawie 1500m, wliczając dodatkowe podejścia i zejścia na trasie.

Różności.

Na Aconcagui odmroziłem sobie palce u stóp, bo zamiast lata panowała zima. Było to około połowy grudnia. Potem młodą skóre zdarłem na wulkanach. Od ponad dwóch miesięcy walczę, by utrzymać stopy w stanie nadającym się do chodzenia. Z bólem ale jednak. Rany w związku z intensywnością wyprawy nie chcą się goić, dotyczy to czterech największych palców. Były momenty, kiedy obawiałem się, że będę musiał przerwać wyprawę. Metry plastrów, gazy, bandaży plus różne maści i woda utleniona, nie wystarczały. Potężny wysiłek w zmianie opatrunków okazywał się niewystarczający. Ale uparty jestem, zacisnąłem zęby i postanowiłem walczyć, tak długo jak będę wstanie chodzić. I ta bitwa okazała się wygrana. Orizaba dał mi kolejny raz w kość, ale chyba wszystko zmierza w dobrym kierunku, chociaż ciągle z bólem. Gdy odstawiłem buty trekkingowe, stopy odetchnęły, chociaż cały czas chodzę intensywnie po wulkanach. A pierwszy miesiąc wyprawy również nie był lekki, bo po wypadku na Villarrice przez wiele dni miałem obolałe stawy, naciągnięte ścięgna, więzadła obu nóg (cud, że tak to się skończyło).

Jak jesteśmy przy kontuzjach, to przez dwa miesiące dokuczała mi jeszcze jedna. Niby drobna, ale męcząca strasznie. W górach często pękają wargi, ale po kilku dniach dochodzą do siebie. Na Aconcagui dosyć solidnie pękła mi w środku dolna warga i przez ciągłe przebywanie w górach, nie mogła się zagoić. Dwa miesiące dawała mi popalić choćby przy każdym posiłku. Lecz w końcu  się zagoiła.

Obiecałem, że napiszę więcej o dworcach autobusowych w Meksyku. Problem o którym wspomniałem w tekście dotyczy tych największych. Chociaż i na tych mniejszych się kombinuje, że gdzie indziej się wsiada, gdzie indziej wysiada. Nie dziwię się, że próżno szukać na nich osób niepełnosprawnych, skoro i dla zdrowych są uciążliwe. Na przykład dworzec TAPO, niemal w centrum Mexico City. Wysiadam w miejscu przeznaczonym do wysiadania, od miejsca, gdzie mam wsiąść do kolejnego autobusu dzieli mnie 30m asfaltu. Ale nie mogę skorzystać z tej drogi, tylko muszę  iść korytarzem 200m, potem tunelem 150-200m, a potem kolejnymi korytarzami ok. 200m. Z dużym bagażem to utrapienie. Poziom irracjonalności jest tak duży, że na podobnych dworcach, w tym TAPO, zbuntowałem się i chodzę te 30m asfaltem, między jeżdżącymi autobusami. Czasami na mnie krzyczą... niech sobie krzyczą. Gdyby Meksykanie robili podobnie jak ja, szybko przeprojektowano by i przebudowano podobne dworce, aby były przyjazne pasażerom. Mega kuriozum jest dworzec autobusowy w Puebla, jak ośmiornica, wieloramienny. W Tlachichuca wszyscy turyści o nim mówili, a raczej o problemach z podróżą. Pełno długich korytarzy, kilka hal, gdzie indziej przyjazdy i odjazdy oraz przedziwna numeracja. Wielokrotność platform z tymi samymi numerami, jedne odjazdy, inne przyjazdy, tylko turyście niełatwo to zdiagnozować. Do tego różne kolory tych samych numerów i jeszcze strefa z powtarzającymi się numerami dotycząca autobusów lokalnych. By zmienić autobus i kupić bilet trzeba pokonać labirynt i nierzadko dobry kilometr. Gdy staniemy przy złej platformie, może się okazać, że właściwa jest od nas o 30-40m, ale by legalnie się do niej dostać trzeba pokonać ponad pół kilometra. Absurd.

Czasami na dworcach autobusowych, a częściej w stołecznym metrze (bardzo rozbudowany system), zdarzają się obrotowe drzwi wyjściowe. Ale są tak wąskie, że nie jestem wstanie ich przejść z jednym plecakiem, a co dopiero z dwoma. I są stacje, gdzie nie ma alternatywnego wyjścia. Kilka razy pokonywałem obrotowe wyjścia przy pomocy obsługi metra i policji. Niezła szopka. Dużym minusem owego metra jest też to, że w godzinach szczytu jest niewydolne oraz na wielu skrzyżowaniach stacji, odległości między nimi,  wynoszą nawet kilometr marszu tunelami. Ale system jest mimo wszystko imponujący, uzupełniony liniami metrobusu. Bilet do metra to 5pesos.

Gdy wylądujemy w Mexico City, nie wymieniajmy waluty w kantorach przed dotarciem do ogólnodostępnej hali terminala. Mijają lata a tutaj nic się nie zmieniło. Przed odprawą kurs wynosił 14,6pesos za 1usd, a przy wymianie min. 300usd - 14,9pesos. W terminalu, gdzie liczne kantory, kurs wynosił 17-17,5pesos za 1usd. A zatem, wymieniając 100usd przed odprawą, tracimy nawet ponad 15usd.

Prawie każdy kto przyjeżdża do Meksyku odwiedza piramidy niedaleko stolicy w Teotihuacan. Na zorganizowanej wycieczce zawsze jest postój w sklepie z obsydianem, srebrem i innymi pamiątkami. I jak w każdym tego typu przypadku najlepiej nic nie kupować, chyba że ktoś jest bogaty albo lubi przepłacać. Te same rzeczy dużo taniej można kupić na terenie piramid, zwłaszcza gdy się targuje. Podam przykład, ładna figurka z obsydianu, do tego zdobiona, w sklepie kosztowała 900pesos (1usd to 17-17,5pesos). Taka sama figurka na terenie piramid kosztowała 600pesos. Ale szybko zrobiło się 500, a gdy odchodziłem 400pesos. Wracając z Piramidy Słońca, ten sam sprzedawca nagle stanął koło mnie i powiedział, że minimalna cena to 300pesos. Niedrogo, a figurka miała kolory, które lubię, więc kupiłem. Za jedną trzecią sklepowej ceny. Teraz muszę to badziewie wozić, a ciężkie, chociaż ladne i ze szkliwa wulkanicznego. Pewnie wrzucę na półkę i będzie się kurzyć. 

  • NA ZDJĘCIACH:
  • 1) Dojeżdżam do schroniska Piedra Grande 4240m.
  • 2) W schronisku, przy oknie stoi Andrzej.
  • 3) Ostatni odcinek do szczytu - lodowcem.
  • 4-12) Partie szczytowe i szczyt, krater, jezioro w kraterze.
  • 13) Wulkan Sierra Negra z wielkim teleskopem widziana w przybliżeniu z Orizaby.
  • 14) Z Flagą Prezydencką na wierzchołku Pico de Orizaba 5629m.
  • 15-20) Zejście z Orizaby, na jednym zdjęciu widać szczelinę, a na ostatnim tzw. labirynt.
  • 21-22) Refugio Piedra Grande i symboliczny cmentarz niedaleko refugio.
  • 23-26) Zjazd do Tlachichuca i Tlachichuca.


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2022 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search