Blog

Blog

Mont Blanc – tak to zrobiłem – Dzień 1 - dojście do Tete Rousse

Było grubo po północy, gdy spojrzałem na prognozę pogody w masywie Mont Blanc. Czwartego-piątego września ma być świetna pogoda. Kilkanaście godzin później ostatniego dnia sierpnia jechałem w Alpy, by wieczorem pierwszego września zameldować się na słynnym wśród Polaków campingu „U Babci” w Les Houches koło Chamonix. Naprawdę nosi nazwę Bellevue i jest jednym z najlepszych punktów startowych na Mont Blanc.


DZIEŃ 1


Bawiłem się już w piesze podchodzenie z dna doliny, dlatego tym razem postanowiłem ułatwić sobie życie i skorzystać z kolejek linowych. Zwłaszcza że na plecach miałem ze 20kg, bywało gorzej. Są trzy opcje. Kolejka wagonikowa Bellevue, położona o kilka minut od campingu i wywożąca do 1800m. Tramwaj Mont Blanc, startujący z Saint-Gervais-les-Bains 584m i wywożący do Nid d'Aigle 2372m, ale trzeba by tam dojechać, w moim przypadku pociągiem lub autobusem. Chyba że połączenie obu opcji – do 1800 gondolą, potem tramwajem.


Tylko. Jechać do Saint… mi się nie chciało, za duża strata czasu. A jak zobaczyłem zmierzający do wagonika Bellevue niekończący się potok niemieckich emerytów, też mi przeszło. Nie będę tracił czasu, idę na nogach. Z 980m n.p.m. Cel dnia: pole namiotowe za schroniskiem Tete Rousse, jakieś 3170m n.p.m.


Choć rano było bardzo pochmurno, przed 10:00 gdy startowałem, zrobiło się słonecznie i ciepło. Po pół godzinie podejścia pożałowałem swojej decyzji. Jednak trzeba było się ustawić za niemieckimi emerytami. Tak mi się nie chciało iść. Siedząc w domu na fotelu pomysł - skoczę sobie na kilka dnia na Blanka był bardzo fajny. Na miejscu już tak przyjemnie nie było. Wlekłem się niemiłosiernie, ale doczłapałem się do górnej stacji kolejki na 1800m. Nawet na tej wysokości w lesie było pełno maślaków, czasami szare kozaki, których nikt nie zbierał. Gdybym miał jajka i cebulę, zrobiłbym pyszną jajecznicę. Chleb akurat miałem.


To dalej tramwajem, tylko nie jeżdżą one za często, a czekać mi się nie chciało. Torowiskiem ruszyłem do góry, choć do Tete Rousse można dojść szlakami biegnącymi w oddaleniu od niego. Lecz z ciężkim plecakiem szkoda nadkładać drogi i sił. Końcowy odcinek torowiska biegnie tunelem. Może 100m. Jest zakaz poruszania się pieszo, co zignorowałem. Wiedziałem bowiem, że żaden tramwaj przez te kilka minut, które będę w tunelu nie nadjedzie. Nawet pracownicy tramwaju, gdy wychodziłem z niego nie zareagowali żadną uwagą.


1400m deniwelacji za mną, jeszcze tylko 800 metrów zostało. Lecz moja chęć wędrówki była jeszcze mniejsza niż rano. Dlatego udałem się na lunch do położonego pięć minut od stacji tramwaju Refuge du Nid d'Aigle 2412m z widokiem na lodowiec Bionnassay. Wszędzie dzikie tłumy – strasznie tego nie lubię. Nie przez przypadek uwielbiam samotne wielodniowe tułaczki po górach w terenach niezamieszkałych.


Postanowiłem przeczekać kulminacyjny moment schodzenia grup, które walczyły o Mont Blanc i tych, które wpadły na jednodniową wycieczkę do Tete – wszyscy chcieli zdążyć na tramwaj. Prawie nikt nie chodzi pieszo z dołu na Blanka. Gdy tak się stało, a na zegarku zawitała piętnasta, wystartowałem w dalszą drogę. Ku mojej radości psuła się pogoda, a wtedy ludzi w górach mniej. Mordowałem się z plecakiem i wlekłem straszliwie. Minąłem schron des Rognes 2768m. I dotarłem do grani za którą czekał mnie niewielki lodowiec Tete Rousse, pomiędzy którym a schroniskiem planowałem się rozbić. Osiemnasta minęła, gdy zrzucałem plecak. Ponad osiem godzin marszu z Les Houches – jakaś masakra. Coś nie tak panie Grzegorzu z kondycją i to pomimo dwóch godzin postojów. Wymuszonych brakiem formy i psychicznym lenistwem. Ale z drugiej strony 2200 metrów przewyższenia to nie tak mało. Obozowisko koło lodowca przywitało mnie liczbą plus minus 20 namiotów. Tylko, bo mnóstwo ludzi na ten dzień zaplanowało atak szczytowy, ponieważ pogoda była niezła, a w poprzednich dniach zła. Rozbiłem się koło płata śniegu, który został po zimie. Z lenistwa – wychodzi że to słowo przewodnie tego artykułu. Wolałem topić śnieg, niż iść kawał drogi do lodowcowego strumyka, do miejsca gdzie miałem pewność, że nikt tam nie nasikał ani nie nasrał, wliczając psy, ani nie wrzucił odpadków. Zachowałem też odpowiedni odstęp od potwornie cuchnącej górskiej toalety nad urwiskiem.


Rozbiłem mój "super profesjonalny" namiot za 10 USD z meksykańskiego Walmartu (który oczywiście jest amerykańską firmą). Bardzo go lubię, zawsze przywożę kilka sztuk z terenów Walmartu. Jak za tą cenę namiot dwuosobowy jest bardzo lekki (niecałe 1500g), po spakowaniu bardzo mały, całkiem nieźle radzi sobie z wiatrem i deszczem. I nie szkoda go wyrzucić, gdy coś się uszkodzi. To jest namiot na tropiki, bo siateczkowy czubek dachu przykrywa tylko nieszczelny kawałek materiału, tak samo wejście nie jest w pełni chronione przed warunkami atmosferycznymi, ale testowałem go z powodzeniem w takich warunkach, gdzie inni mają namioty za tysiąc USD i dał radę. Notabene, profesjonalne wyprawowe namioty leżą w szafie, bo są za ciężkie i nie chce mi się ich nosić.


Tak na marginesie, wspinając się tutaj na przełomie maja i czerwca, gdy od 2000 metrów panowała zima, tym razem do lodowca na 3800m było bezśnieżnie, a więc dużo łatwiej i szybciej. Nawet niewielki lodowiec Tete Rousse wyglądał mizernie, aż żal było patrzeć.


Na zdjęciach: kamping Bellevue w Les Houches i droga do schroniska Tete Rousse 3167m. A na niej maślaki, świstaki, tramwaj Mont Blanc, schronisko Nid d'Aigle i lodowiec Bionnassay (także jeziorko lodowcowe u jego czoła). Schron des Rognes i końcowe podejście przed Tete. Na ostatnich zdjęciach lodowiec Tete Rousse, toaleta koło pola biwakowego i mój namiot.


Znajdź mnie

Reklama

Absolwent XXI wieku

Image

Subskrybuj Mój Newsletter

Informacje o aktualnych wyprawach i wydarzeniach

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Search