Blog

Blog

Wulkan Pissis 6800m – drugi wulkan świata, trzecia góra Andów

Wulkan Pissis w pełnej okazałości od strony argentyńskiej.

Jestem w mieście Riobamba w Ekwadorze, w drodze do kolumbijskiej Bogoty. Jakimś cudem udało mi się wygospodarować trzy dni i zobaczyć trudno dostępny wulkan Sanagy. By zobaczyć go przez chwilę pomiędzy chmurami, musiałem wspiąć się na "pagórek" o wysokości 4336m. Kolejny przystanek - Quito.

13-14.01- jeden dzień nie wystarczył na zorganizowanie transportu pod Pissis. To były dwa dni ciężkiej pracy. Z Danielem się nie dogadałem co do transportu do granicy. Zszedł z 480 000pesos do 320 000pesos, ale to i tak za dużo, nie mniej cały czas negocjowaliśmy . Dał mi jednak namiary na gościa z firmy argentyńskiej, który zgodził się mnie zawieźć pod Pissis od granicy. Z Martą ustalaliśmy z nim warunki. Cena 900USD. Drogo? Alternatywy nie było. Żadna firma z Copiapo nie chciała mnie tam zawieźć, a luźne ceny jakie padały wynosiły 2mln pesos. Tłumaczyli to problemami z papierologią związaną z wjazdem do Argentyny. A tak naprawdę powodem było - lenistwo. Tylko jedna wypożyczalnia aut była gotowa pozwolić mi wjechać do Argentyny, ale za dobę chcieli blisko 200 000pesos. Rozmawiałem m.in. z Erzio z firmy Puna de Atacama, gwiazdą turystyki w Copiapo. Tak się zaprezentował - szef miejscowego stowarzyszenia turystycznego, naukowiec, dobry angielski etc. Powiedział, że dzień użycia auta z kierowcą to 500usd. Miał zadzwonić, ale tego nie zrobił. Oboje wiedzieliśmy, że jego ceny, by mnie zabiły. Mówił, że myślał o tych miejscach, które mnie interesują, by wrzucić do swojej oferty. Jeszcze jednym pomysłem był przewodnik z Bahia Inglesa, który za pensję 70 000pesos, zgodził się jechać, ale przyznał, że nie ma pojęcia o tych miejscach. Marta z kolei załatwiła transport do granicy i z powrotem za 200 000pesos. A jak to się skończyło, piszę poniżej.

Te dni wykorzystałem również na pranie. Wszystko było strasznie brudne i przepocone. W residencial prania zrobić nie mogłem, ale znalazłem firmę obsługującą hotele. Za ponad 10usd wyprali mi ponad 3kg ubrań.

Musiałem też naprawić buty. W Chile kupić proste rzeczy jest często trudno, np. dobry klej czy srebrną taśmę przemysłową. Ale znalazłem szewca, który za 10usd zgodził się coś podziałać z butami. Prosiłem, może być brzydko, ale solidnie, a zrobili ładnie, ale niesolidnie. Na czubki butów nakleili używając niewiele kleju delikatną skórę, i o zgrozo, przykleili ją do podeszwy. Po 10 minutach marszu na Pissis, skóra odpadła, a dziur w butach szewc nawet nie tknął.  

15.01 - żebym miał tani przejazd do granicy, Daniel musiał mnie dołączyć do Adiny, Niemki, która zrobiła sobie turystyczny wypad, a do Chile przyjechała na wymianę studencką, jest nauczycielką. Było coś po 10:00 gdy wyruszyliśmy wraz z Hareli i Gabrielem. Cel, refugio koło Laguny Santa Rosa (Park Narodowy Nevado Tres Cruces). To była moja trzecia wizyta, wliczając rok 2010. Dosyć sprawnie dotarliśmy na miejsce. Miałem czas obejść jezioro, salar, poprzyglądać się flamingom. W refugio, ok. 3775m, było pełno ludzi, głównie USA. Pełno, tzn. kilka osób,  bo  refugio jest małe. Znalazłem jednak dla siebie miejsce. Gabriel wrócił do Copiapo, a Hareli z Adiną, postanowiły zrobić sobie biwak w śpiworach na zewnątrz.

16.01 - Daniel miał mnie dowieźć na 12:00 do granicy, chociaż Juan z argentyńskiej firmy chciał na dziewiątą. Niestety Daniel spóźniał się i przyjechał przed 11:00. Wpierw musieliśmy popędzić na granicę(do pograniczników), oddaloną grubo ponad 50km (może 100km) od faktycznej granicy. Poszło szybko, bo nikogo nie było. I gaz do dechy, z krótkim postojem przy posterunku policji obok Laguny Verde. Na granicznej przeł. San Francisco 4726m czekał już Juan. Męczył Martę, czy na pewno przyjedziemy. Mówił, że czekałby jeszcze godzinę, była 13:00. Od Argentyny jest piękny asfalt, Chilijczycy też obiecali wyasfaltować drogę, ale marnie im idzie, a jakość asfaltu jest słaba. Zjechaliśmy do przejścia granicznego. By Juan mógł dojechać ze 20-30km do przełęczy, musiał wypełnić mnóstwo papierów. Następnie gaz do dechy i w dół pośród pięknych widoków. Nad głowami dużo chmur, bardziej wilgotno, to i więcej roślinności, w stosunku do strony chilijskiej, na którą chmury przechodzą rzadko. Na ok. 3330m, zgodnie ze znakiem skręciliśmy ku Pissis. Czekało nas 90km jazdy off roadowej (ok 3h). Od granicznej przełęczy do tego miejsca było zdaje się ponad 100km.

Toyota Hilux Juana, była jego własnością, opowiadał że ma opony na kamienie za 1800 dolarów. Mimo że droga była dobra, narzekał że trudna i niszczy samochód. Dla Chilijczyków i Argentyńczyków wszystko jest trudne. Narzekał, że wróci nocą do domu, że bolą go plecy, że chyba będzie musiał poszukać dodatkowego kierowcy i takie tam. Fajny facet, ale zawsze mnie wkurza, gdy płacę i ktoś jeszcze narzeka. A jego usługa kosztowała mnie 900USD, ponoć specjalna cena dla mnie i Daniela, z którym planowali nawiązać współpracę. Daniel, który początkowo chciał prawie 500 000pesos, ostatecznie zgodził się na 180 000. Trasa pod Pissis jest przepiękna, góry, jeziora, zwierzęta, wysokości do 4700m. Pytałem Juana, czemu nie zrobi 2-dniowej wycieczki z noclegiem w Pissis Base Camp. Powinien mieć taką w ofercie. Stwierdził, że to fantastyczny pomysł. Jak zwykle Gawlik przyjechał i organizuje trasy turystyczne miejscowym biurom. A tak w ogóle, Juan pierwszy raz miał za klienta Polaka.

Posługiwał się słabo komunikatywnie angielskim, ale wystarczająco, mówił że zawiezie mnie na 5000m do Camp1, co cieszyło, bo BC jest na 4500m z kawałkiem. Na obietnicy się skończyło, skończyliśmy na 4570m, ale rzeczywiście dalej nie ma drogi. 3,5h jechaliśmy. Było po 18:00, Juan miał mnie odebrać 21 stycznia. Trzeba przyznać, że był profesjonalnie przygotowany - telefon satelitarny, tlen, narzędzia, woda zapasowa itd.

Za nisko było na nocleg, więc zostawiłem depozyt z wodą i jedzeniem, bo w BC wody nie było i do 20:00 jeszcze maszerowałem doliną. Pokonałem spory odcinek i nocowałem na 4890m, już blisko masywu Pissis. Poza za mną nie było żywej duszy.

17.01 - Odwiedzając masyw Pissis chciałem przyjrzeć się miejscowym lodowcom, największym na Puna de Atacama, dzięki ukształtowaniu wulkanu i większej wilgotności po stronie argentyńskiej. Nie planowałem zdobywać szczytu, ale postanowiłem spróbować, mimo potężnego zmęczenia wcześniejszą górską działalnością. Pogoda dopisywała. Na 5050m widziałem ślady kół samochodu, a na 5400m stał terenowy ford, słabszy niż auto Juana. A więc jak się chce, to można. Auto zniknęło, czyli odjechało jakieś 2h później, żadnych ludzi nie widziałem.

Na trasie miałem do pokonania niewielkie penitenty, nie było stromo do 5700m. Wspaniałe widoki na Pissis, lodowce, w tle Ojos del Salado i Nevado Tres Cruces. Chociaż Pissis jest bardzo blisko chilijskiej granicy, to musiałem dotrzeć tutaj naokoło. Nie szło mi się dobrze, powoli, wieczorem gdy dotarłem do 6000m i nie widziałem żadnych szans na jakieś miejsce na rozbicie namiotu. Zabrałem się za budowę platformy, co zajęło mi godzinę, do 19:00. Wysokość 6010m, obok lodowca. Wzmógł się wiatr i przy stawianiu namiotu złamał się pałąk. Musiałem się trochę nakombinować, zanim namiot jakoś stał i dało się w nim spać.

18.01- PISSIS 1 - ATAK SZCZYTOWY. Pissis jest ważną górą dla nas Polaków, bo jako pierwsi w 1937 roku zdobyli go Polacy - Jan Szczepański i Stefan Osiecki. Podobnie jest z Ojosem del Salado, w tym samym roku, jako pierwsi zdobyli go - Szczepański i Justyn Wojsznis. Jeśli Ojos jest najwyższym wulkanem na Ziemi i drugą górą Ameryki Południowej, to Pissis odpowiednio drugim wulkanem i trzecią górą. Pissis to wulkan wygasły, który ponoć od 1937 do 1985 roku nie był zdobywany, za sprawą braku dojazdu (wg niektórych źródeł do 1994 roku).

W nocy był blisko 15-stopniowy mróz, na trasę ruszyłem po 8:00. Pogoda dopisywała. Zmęczenie powodowało, że szedłem siłą woli, wolno. Tylko fragmentami istniała namiastka ścieżki, resztę szedłem trajektorią własnego autorstwa. Mobilizowałem się w ten sposób, że jeszcze kilka godzin i następnego dnia schodzę do BC, będę odpoczywał. Na rozległy wierzchołek dotarłem po 7 godzinach, gdzie spędziłem około godzinę. Niebo bardzo się zachmurzyło i rozpoczęła się śnieżyca, zamieniona w burzę śnieżną. To był pierwszy opad, od blisko miesiąca trwania wyprawy.

Wiatr, dużo śniegu, grzmoty nad głową, a potem nad namiotem. Cały zostałem naelektryzowany. Spadło ponad 5cm śniegu. Do namiotu dotarłem po 1h45min schodzenia, o 18:05, a na szczyt dotarłem o 15:20. Trasa od namiotu wyglądała następująco: stromo sypkim zboczem do 6300m, potem łagodniej do ponad 6500, a potem ruszyłem na główny wierzchołek po kamieniach i skałkach.

GPS garmin na wierzchołku pokazywał wysokość 6808m, z błędem 6 metrów, a holux 6805m, z błędem 5m. Przyjmuję więc wysokość Pissis 1 na 6800m. Wulkan ma ok. 10 wierzchołków, z których kolejne dwa mają prawie taką samą wysokość, położone są po drugiej stronie lodowca. Nie dawały mi one spokoju podczas zejścia, wydawały się nawet wyższe, postanowiłem to zweryfikować kolejnego dnia, zamiast schodzić na dół. 18 grudnia byłem na szczycie Aconcaguy, miesiąc później na Pissis.

Pissis wg najczęstszych danych ma wysokość 6793-6795m, Pissis 2 (Upame) 6791m, a Pissis 3 (Ejercito Argentino) 6789m. 

19.01- ATAK SZCZYTOWY NA PISSIS 2 i PISSIS 3. Wyruszyłem chwilę przed 8:00 wiedząc, że czeka mnie dużo dłuższa trasa niż poprzedniego dnia i wrócę do namiotu późno w nocy. Wpierw przetrawersowałem w dół Glaciar de los Argentinos, przyglądając się po drodze szczelinom lodowcowym, co na Puna de Atacama, jest ewenementem. Straciłem prawie 200m wysokości. Moja trasa przez lodowiec miała jakieś 2km. Po drugiej stronie lodowca było ciężkie strome i sypkie podejście. Cała trasa była mojego autorstwa. Śnieg z poprzedniego dnia szybko topniał. Niestety przybywało chmur, a moje tempo było wolne, resztkami sił piąłem się do góry.

Po 17:00 dotarłem na Upame (Pissis 2). Zaczynała się burza śnieżna. Upame jest dużo ciekawszym wierzchołkiem od Pissis 1. Stożek wulkaniczny, lawy. W partii szczytowej uderzał we mnie prąd, bolało. Mimo późnej godziny i faktu, że w godzinę przybyło 10cm śniegu, ruszyłem na Pissis 3. Stary i nowy śnieg tworzył zaspy, czasami powyżej kolan. Pod nim były kamienie, co chwilę leżałem. Widoczność była bardzo słaba, wiał porywisty wiatr. Działalność w takich warunkach na wysokościach 6600-6800m do łatwych nie należy. Zszedłem do przełęczy i ruszyłem stromym terem do góry. Dotarłem na oba wierzchołki Pissis 3, z drugiego schodziłem po 20:00. Brakowało godziny do pełnego zmroku.

GPS garmin na Upame (Pissis 2) pokazywał wysokość 6806m z błędem 6m, a holux 6805-6806m z błędem 7m. Dlatego przyjmuję, że ma 6799m. Ejercito Argentino (Pissis 3) ma dwa wierzchołki, na wyższym garmin pokazywał wysokość 6808m z błędem 5-6m, a holux 6800-6801m z błędem 6m. Niższy wg garmina ma 6799-6801m z błędem 8m. Przyjmuję, że Pissis 3 ma 6795m (drugi wierzchołek 6792m). Tak naprawdę różnice są tak minimalne, że nie wiadomo, który wierzchołek jest najwyższy, dla pewności warto zdobyć wszystkie trzy. Mimo dużego wysiłku. Przydałby się jakiś profesjonalny pomiar wierzchołków Pissis, który rozwiałby wątpliwości.

Pod śniegiem było pełno głazów, do tego bardzo ślisko. Ponad 20cm świeżego śniegu. Kilkadziesiąt razy upadłem, a ze 20 tak porządnie, cud iż sobie nic nie skręciłem ani nie połamałem. Natomiast siniaków przybywało. W nocy się rozpogodziło, księżyc zastępował latarkę. Dotarłem do lodowca i ruszyłem nim do góry. Namiot witałem o 2:00 w nocy. Cały dzień marszu w śniegu, skutkował mokrymi butami, do tego w nocy spory mróz i założone raki na lodowcu. Efekt, niewielkie odmrożenia stóp.

Co biorę na atak szczytowy jak opisany: duży plecak z funkcją awaryjnego śpiwora, termos 0,5l z herbatą, aparaty, kamery, zapasowe baterie, inną drobną elektronikę (ale nie pulsoksymetr, bo on rozleciał się na Aconcagui), jedzenia ciut, zapasowe rękawiczki i skarpety. Kask, raki, czekan, kijki, ubiór na sobie, wypchane kieszenie różnymi drobiazgami.

20.01- dopiero po 12:00 się zebrałem i ruszyłem w dół. Miałem fazy, 500m deniwelacji w godzinę, a potem 40min postoju. Stopy strasznie dostały w kość, mimo ich oszczędzania, powstały rany. Do dzisiaj z nimi walczę, dają mi nieźle w kość a jest 2 luty.

Przed 18:00 zameldowałem się w Pissis Base Camp 4570m. Rozbiłem namiot, co z uszkodzonym stelażem łatwe nie było i odkopałem nietknięty depozyt wodno-żywnościowy.  Wycisnąłem z siebie wszystkie soki w ciągu minionego miesiąca.

21.01- Codzienne rozpakowywanie się i rozbijanie, a potem składanie było strasznie uciążliwe. Do tego ponad 20-kilogramowy plecak. Tego poranka czekało mnie ostatnie górskie pakowanie na dłuższy czas. Leniwie to robiłem. Suszyłem rzeczy.

Juan mówił, że wyjedzie o 5 rano, więc obliczyłem jego przyjazd na 10. I tak się stało, tylko Juan wyjechał o 2:45, ale wybrał zły skrót i się zakopał. 2h machał łopatą. Towarzyszył mu starszy sympatyczny mężczyzna - Juan Carlos, pierwszy raz w tym miejscu. O 10:30 wystartowaliśmy ku Chile, do asfaltu docierając po 3,5h. Wspaniałe widoki (m.in. jeziora tzw. Balcon del Monte Pissis), świetna pogoda. Nawet condora widziałem.

Dosyć dużo straciliśmy czasu na granicy argentyńskiej - idiotyczna biurokracja. Na przeł. San Francisco, Daniel z Hareli czekali już 90 minut. Z postojami, wieczorem dotarliśmy do Copiapo (o 21:00). W samochodzie Daniel mówił, że wyjazd do El Volcancito i Caldery Inca Pillo, na następny dzień jest gotowy. Bardzo mnie to cieszyło,  bałem się bowiem kolejnych kłopotów. Organizacja transportu na wulkany kosztowała mnie mnóstwo pracy, o pieniądzach nie wspominając. Wykonałem kilkaset czynności - telefony, emaile, rozmowy, chodzenie po firmach. Kolejną setkę czynności wykonała Marta, której pomoc była bardzo cenna - WIELKIE DZIĘKI! Daniel podał cenę ostatniego elementu "układanki" w rejonie Puna de Atacama. 260 000pesos (1 dolar to ok 700 pesos). Trzy razy go pytałem o tą kwotę, a Daniel martwił się, że znowu będę narzekał - za dużo. A właśnie było na odwrót. Przyzwyczajony do milionów pesos, grubych setek dolarów, które wydawałem ostatnio, zdziwiłem się, że cena jest tak rozsądna. Przyjąłem ją bez protestu.

Pozostało zaopiekować się stopami, które mają jak zwykle na wulkanicznej wyprawie niezły sajgon. Zrobić nowe zakupy, przepakować się i być gotowym na wyjazd popołudniu 22 stycznia. 

Jeśli ktoś będzie na płaskowyżu Puna de Atacama w rejonie Copiapo lub Fiambala/Tinogasta po argentyńskiej stronie, polecam skorzystanie z następujących firm turystycznych:

Daniel Alfaro Araya Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript., komórka 56996814242, stacjonarny (09) 96814242, Copiapo, Chile. Facebook: Andes de Atacama.

Tinogasta Aventura (tinogastaventura.com.ar), Juan Antonio Roger, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript., tel. (03837) 421056 lub 15524901 lub 15403721, Tinogasta, Argentyna.

Zapraszam rówież do czytania artykułów o wyprawie na stronie REDBULL.COM.

P.S. Paczka wysłana z Chile 2 tygodnie temu dotarła w nienaruszonym stanie do domu. Szybko.  

English short note:  Pissis (to 6800m) - the second highest volcano in the world, the third mountain of the Andes. In two days I stood on the three highest peaks of almost the same height (in difficult winter conditions). Hike through the largest glacier of this part of the Andes and on the plateau of the Puna de Atacama (one of the driest places on Earth) - Glaciar de los Argentinos.

  • Na zdjęciach:
  • 1-4) Laguna Santa Rosa, ok 3770m,
  • 5) podróżować można i tak, terenowym domem na kółkach,
  • 6)  Nevado Tres Cruces, ok.  6740-55m,
  • 7) Argentyna, wulkan Pissis ok.  6800m, na prawo od lodowca główny wierzchołek, na lewo, dwa mu dorównujące (Upame i Ejercito Argentino),
  • 8)  vicunie,
  • 9) największy lodowiec  w  masywie Pissis - Glaciar de los Argentinos, faktyczny lodowiec zaczyna się na wysokości ok. 5300m, chociaż połączony z płatami śniegu sięgał poniżej 5000m, ale płaty częściowo stopnieją.
  • 10) panorama okolic Pissis, Puna de Atacama,
  • 11) Grzegorz Gawlik na wierzchołku Pissis 1,
  • 12) rejon szczytu Pissis 1,
  • 13) po zdobyciu Pissis 1, wieczorem namiot wyglądał zimowo, 6010m,
  • 14)  w środku zdjęcia wierzchołek Pissis 1,
  • 15-16) szczelina lodowcowa i penitenty,
  • 17-20) wierzchołek i okolice Pissis 2 (Upame), ok. 6800m,
  • 21-22) wierzchołki Pissis 3 (Ejercito Argentino), ok. 6800m,
  • 23-24) podczas zejścia do Base Campu,
  • 25-28) podczas 90km off roadu z Pissis BC, na zdjęciach Juan i jego starszy kolega Juan Carlos,
  • 29) Laguna Verde ok. 4300m, już po stronie chilijskiej,
  • 30) od lewej: Hareli, Gregor, Daniel, Gabriel,
  • 31) powrót do Copiapo,
  • 32-33) skojarzenia są wiadome, ale to tylko zakręty,
  • 34) choinka w moim residencial,
  • 35) Chilijczycy nie mają w zwyczaju odstawiać marketowych wózków na swoje miejsce.


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2019 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search